DUNNING & SERRIES

dunning serries live cover

“Voordat de korte tour in Nederland en België in maart van dit jaar van start ging, hadden Graham Dunning en Dirk Serries nog nooit met elkaar gemusiceerd. Hun eerste optreden vond plaats in De Pletterij in Haarlem, maar de opnames voor deze cd-r zijn gemaakt in De Singer in Rijkevorsel (België) en De Ruimte in Amsterdam. De twee muzikanten lijken voor elkaar gemaakt, want de geïmproviseerde stukken klinken ideeënrijk en spannend.

Serries ontpopt zich steeds meer als freejazz-gitarist, maar brengt de bagage die hij heeft als ambient- en drone-muzikant met zich mee. Dat is goed te horen in de samenwerking met Dunning in het eerste stuk (opgenomen in De Singer), waarin de gitaar voor de atmosferische klanken zorgt, een drone neerlegt, waar Dunning met zijn draaitafel, dubplates, galmende effecten en objecten ruisende, krakende, schurende, schuivende en percussieve geluiden aan toevoegt. Dat lijkt at random te gebeuren, maar de draaitafelkunstenaar weet exact waar hij zijn klanken moet plaatsen.

Serries laat het niet bij de constante drone, daar zit beweging in en na verloop van tijd klinkt de gitaar zelfs als in de verte luidende klokken. Dat gaat dan wel gepaard met een lage drone van Dunning, wat een vervreemdend maar ook spannend effect teweegbrengt. Tegen het einde wordt het lastig het onderscheid tussen het spel van Serries en Dunning te onderscheiden en ontstaat een samengaan, dat echter niet vloeiend maar weerbarstig klinkt. De intensiteit neemt tegen het einde enorm toe en mondt uit in een luidruchtige climax.

Het in De Ruimte opgenomen stuk volgt een volledig ander pad. Serries laat de drone achterwege maar produceert korte, soms a-ritmische klanken op zijn gitaar, terwijl Dunning zijn krakende draaitafelgeluiden combineert met percussieve objecten en elektronische effecten. Donkere percussie en ingehouden spel zorgen in dit stuk voor spanning in een verstild gedeelte waarin Serries zijn snaren lichtjes beroert. Dunning strooit met vervreemdende geluiden en Serries gebruikt feedback en donkere en heldere tonen.

Na circa vijftien minuten vinden de beide muzikanten een gezamenlijke muzikale taal, als Serries een gemene drone neerlegt en Dunning daar ook langgerekte klanken tegenover stelt, die overigens vergezeld gaan van kraakjes en ruisjes. Daarna lijken de muzikanten weer afstand te nemen, maar ze verliezen elkaar niet uit het oog. Er is constant interactie en die is ook merkbaar, of zelfs voelbaar, als je het niet ziet. Het Amsterdamse stuk is een abstract, dynamisch en inventief stuk muziek dat de oren steeds opnieuw doet spitsen, ook na ettelijke luisterbeurten.” Opduvel – The Netherlands

Available directly from Raw Tonk Records :

 

Advertisements

VITAL WEEKLY reviews

MARTINA VERHOEVEN & DIRK SERRIES – INNOCENT AS VIRGIN WOOD (CD, A New Wave Of Jazz 2017)

“This week I had this strange vision of ‘free jazz and improvisation is where the money is’, after sending our compadre senor Mulder a whole bundle of music from ActuelleCD, WideEar, Innova and one from  New Wave Of Jazz. Maybe up to 10 or 11 CDs (so allow some patience before reading about them; and yes, no doubt musicians of this kind of music will disagree with my remark about money), but not after checking the content myself, as surely in the case of New Wave Of Jazz, I see the involvement of Dirk
Serries, someone whose work I heard over thirty years ago for the first time, and while I wouldn’t call  myself a fan I followed his work with interest. First as Vidna Obmana, going from a bit of noise to ambient with lots of synthesizers, then as Fears Falls Burning, lots of ambient with a guitar, Microphonies, ditto, and I already picked up the rumour he’s now (also) into very freely improvised music, and this is actually the first time I get to hear too. Well, not entirely the first, as the group effort he’s also send is way more Dolf’s thing and I heard that too, and I thought this would be along similar lines, but I kept listening here and decided to share my (re) view of it. Serries plays here acoustic guitar and Martina Verhoeven plays piano. She is Dirk’s wife and best known for her photography on the cover of many of Serries’ releases, but also on Discogs listed as a bass-player; and piano apparently; for both Serries on acoustic guitar and Verhoeven on the piano it is the first time. On April 9th, 2017, they recorded the five parts of ‘Innocent As Virgin Wood’ together, and I understand the title as homage to the wood of both instruments. They don’t sound, i.e. are virgin, if you don’t play them and are thus
innocent, but of course they are no longer innocent.   I do review a bit of improvised music, perhaps not often of the kind of blearing saxophones and wild banging on piano’s, but more of the kind that is presented by Serries and Verhoeven here. This is very
quiet and thoughtful music, almost impressionistic, with sparse tones hanging freely in the air. Quiet, however, doesn’t equal silence here; there is always something to hear, but Verhoeven and Serries have an excellent control over their instruments (no doubt there have been some playing before the actual recording started to get some feeling for the instruments) to make it held back, controlled and full of tension and interaction between both players. It never becomes hectic or chaotic, but throughout it remains this level of minimalism, even in those sparse moments things go up a bit in volume, or a few more notes are played. This is all very intimate music and exactly the kind of free improvised music I enjoy very much.” Vital Weekly – The Netherlands

YODOK III’s live albums reviewed

Yodok III – The Mountain Of Radiance, of course! *)

Gitara elektryczna, przystawki, przetworniki dźwięku – po lewej stronie sceny, patrząc z perspektywy odbiorcy. Tuba i flugabone (instrument dęty, coś pomiędzy tubą a trąbką) podłączone do amplifikatorów wielkiej mocy, po prawej. Na samym środku, pełnowymiarowy zestaw perkusyjny. Niech taki obraz stanie Wam przed oczami. Być może pomocne okażą się fotografie.

Gitarzysta nazywa się Dirk Serries i na ogół siedzi na krześle, mając swój iskrzący prądem instrument strunowy rozłożony na kolanach. Tubista, to Kristoffer Lo. W trakcie koncertu na ogół klęczy. Obok leży wielka tuba, która jest dramatycznie okablowana. Muzyk dmie w nią właśnie w pozycji na kolanach i manipuluje potencjometrami. Perkusista – Tomas Järmyr zasiada za zestawem bębnów i talerzy. W jego przypadku trudno o inną pozycję.

Formacja zwie się zaś Yodok III. Odpowiedź na pytanie, dlaczego akurat ta rzymska trójka w nazwie, a także dwa słowa o samych muzykach, odnajdziecie w tekście opublikowanym na Trybunie nie dalej, jak cztery tygodnie temu. Tekst dość szczegółowo opisał wówczas katalog sublabelu Tonefloat Records – A New Wave Of Jazz, zaś rozdział poświęcony grupie nosił tytuł Let’s rock and go dark.

Ze strony Pana Redaktora padła wówczas obietnica bliższego przejrzenia się dwóm najnowszym płytom Yodok III, które dostępne są światu od roku ubiegłego. Dziś obietnica ta zostaje spełniona.

Legion Of Radiance – Live At Dokkhuset

Koncert w Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), 15 maja 2015. Jeden track o długości 68 minut. Dostarcza Consouling Sounds (CD, 2016).

W mroku, od właściwej strony ciszy, zaczyna się ta opowieść, jak każda zresztą, gdy odpowiedzialnymi za efekt końcowy są muzycy Yodok III. Pierwszy dźwięk, to być może szelest szczoteczek perkusyjnych, może to delikatne skwierczenie wzmacniacza tuby. Gitara na razie na bardzo dalekim planie, zbliża się, warząc każdy swój krok. Pierwsze mikrodrony tuby. Wciąż intensywnie nadstawiamy uszu, by cokolwiek dobyć z otchłani tej groźnej ciszy. Mechaniczny rezonans. Gitara nadal w oddali, rytmiczne szmery perkusyjne. Tomy i werble rozmawiają ze sobą szeptem i knują intrygi. Z kajetu recenzenta: na tle poprzednich nagrań Yodok III, instrumenty są bardziej separatywnie umieszczone w przestrzeni fonicznej i nie lepią się w jeden wielodźwięk. Ale i tak, nawet wyjątkowy zaangażowany słuchacz może mieć problemy z precyzyjnym diagnozowaniem źródeł dźwięku. Lo bezwzględni czyni cuda, przepuszczając dęte pasaże przez kilometrowe zwoje kabli, Järmyr przypomina zaś perkusyjną pozytywkę. Upływa 9 minuta, a muzyka wciąż pozostaje niezwykle cicha. Proces narastania dźwięku bywa żmudny, pracochłonny, ale realizowany jest przez muzyków z iście nordycką precyzją. Kolejne jego etapy kontrapunktowane są przez perkusistę, który funkcjonuje na ekstremalnym pogłosie. Złowieszczo pomrukuje i stawia stopy, robiąc bruzdy w podłodze. Okolice 17 minuty – obecność perkusji w zwoju improwizacji jest już akustycznie namacalna. Tak, definitywnie gra żywe dźwięki! Dwa dronowe źródła dźwięku, na przeciwległych flankach, przeczą jednak realności tej sytuacji scenicznej. 20 minuta – dron gitarowy narasta, jest już na krzywej wznoszącej, tuba kontratakuje, w tle zaś upiorna pozytywka, która trwa niczym niekończący się koncert AMM. Järmyr stawia coraz silniejsze akcenty (stopa!), a my, niezłomni odbiorcy tego muzycznego szaleństwa, atakowani jesteśmy dwoma gęstym zwojami melodii (Serries z lewej, Lo z prawej), repetowanymi z uporem godnym lepszej sprawy. To narracja, która kipi namiętnościami i emocjami każdej serii Twin Peaks, która ma twarz wszystkich wartościowych kochanek, jakie mieliście czelność stracić w swym zbyt długim życiu.

W 25 minucie okazuje się, że tuba, tudzież flugabone potrafią zmysłowo pohałasować. Perkusja jest już tak silnie rozgrzana, że iskry lecą, to w prawo, to w lewo. Gitara buduje zaś foniczny kosmos i wyjątkowo dobrze jej idzie. 30 minuta, to już stan pełnego wrzenia. Dźwięki bulgoczą, płyną, eskalują się. Pogłos sprawia jednak, iż ich industrialny ciężar ma metafizyczną wręcz lekkość, ledwie muska nam bębenki uszne. Po kolejnych pięciu minutach czeka nas delikatne wybrzmienie, narracja spowalnia, a na placu boju zostaje tuba i jej upiorna, ale czysta melodia, powtarzana w nieskończoność. Oczyszczająca moc melodii! Reszta milczy, dyszy, łapie oddech po ustaniu hałasu. A w tle buduje się już nowa narracja. 37 minuta zwiastuje nowy świt! Mocny dron tuby stawia nas do pionu. Na nim wznoszony jest blok skalny nowej improwizacji. Powraca pozytywka (może to sekwenser?), a gitara buduje separatywny dron. Perkusja czeka na przebieg wypadków, ociera pot z czoła. Ta nowa opowieść jest bardziej zadziorna, nawet agresywna fonicznie i początkowo całkowicie wyzbyta melodii. Stopa znaczy teren i porządkuje wydarzenia na scenie. Po 45 minucie rodzą się jednak nowe zarysy melodii, które nakładają się na siebie, jak plastry miodu, a rzeczona stopa dba o poziom cukru (jesteśmy na powrót w dużym już hałasie!). Konwulsyjny drumming pnie się środkiem i rozdziela akustycznie, samoeskalujące się porcje melodii na flankach. Wszyscy pniemy się już po drabinie intensywnie narastających dźwięków! Mija godzina koncertu, a szczyt jest już bliski. Järmyr ma w rękach lejce i gotów jest użyć bata! Noise for ever! Muzycy są wyjątkowo konsekwentni i na pewno zrealizują plan tego wieczoru w 100%! Finał, to już prawdziwa eksplozja bębenków usznych, w idealnej symbiozie z egzystencjalnym oczyszczeniem! Noise makes perfect! Jeszcze tylko orgazm, a potem już same oklaski.

The Mountain Of Void – Live At Roadburn 2016

Koncert w ramach Roadburn Festival 2016 (Tilburg, Holandia). Dokładna data nieznana. Jeden track (CD) lub dwa traki (LP). Około 47 minut. Dostępny dzięki Tonefloat Records (2016).

Part One. Intensywnie, hałaśliwie, wielodźwiękowo od pierwszego oddechu – dość nietypowo, jak na kanony Yodok III. Sprzężenia i interakcje na flankach. Perkusja aktywna od startu, drumminguje niezwykle szeroko w przestrzeni fonicznej koncertu. Gitara i tuba posadowione jakby bliżej siebie. Już po paru chwilach odnotowujemy incydent na kształt solówki na bębnach! Czynionej, dodajmy, na tle połyskujących smołą, wyważonych dronów gitary i tuby. Ta ostatnia emituje środkiem, ma matowe, wręcz elektryczne brzmienie. Narracja toczy się szybko, jakby dotychczasowy Yodok III odtwarzany był na 45 obrotów (słuchamy wersji winylowej, zatem skojarzenie jakże zasadne). Oczywiście sama narracja, tradycyjnie narasta i gęstnieje, ale ów proces nie jest chyba równie spektakularny, jak choćby na płycie wcześniej omówionej. W podstrefach akustycznych, pojawiają się drobne zarysy melodii, ale wszystko odbywa się pod pręgierzem aktywnej pracy perkusyjnej. Muzycy zdają się być mniej cierpliwi, eskalują w pośpiechu, są bardziej pobudzeni, a adrenalina buzuje w ich żyłach. Czyżby gotyccy wyznawcy dark-ambientu trafili na death-metalowy festiwal? 16-17 minuta – improwizacja nabiera rozpędu i popada w energetyczny galop. Wybrzmienie przychodzi dość szybko, niespodziewanie, ale jest tłuste, wielopłaszczyznowe, otwarte stylistycznie, pełne uroczych znaków zapytania.

Part Two. Wyłaniamy się z mgławicy ambientu, zapewne powracamy do stanu na koniec pierwszej strony czarnego krążka. Tym razem dźwięki wyłaniają się z otchłani piekielnej dużo spokojniej, w estetyce bardziej typowej dla tych trzech muzyków, w tej konfiguracji personalnej. Zwinna perkusja, płynna, stabilna fonicznie gitara, eksplodujący, mutowany, ale czysty dźwięk tuby. Cool silent non-anarchy ambient! Pięknie płyniemy, co za widoki! Tuba realizuje urocze pasaże w wysokim rejestrze. Po 15 minucie pierwsza próba niezobowiązującej eskalacji. Napęd daje Tomas, Dirk i Kristoffer zdają się być odrobinę oporni na wiedzę. Ale systematyczna praca procentuje – muzycy spinają się perfekcyjnie. I znów, na finał, wcale nie skromna galopada. Doom more than dark ambient metal! Intrygujące sprzężenia na gryfie gitary, tłumienie emocji przy skomlącej i gasnącej tubie. Szybkie wybrzmienie i … burza oklasków, jak na prawdziwym rockowym koncercie!” Spontaneous Music Tribune – Poland

GRAHAM DUNNING & DIRK SERRIES

dunning serries live cover

GRAHAM DUNNING & DIRK SERRIES – LIVE IN THE LOWLANDS (CDR, Raw Tonk Records)

Invited by Raw Tonk Records’ chief Colin Webster Dirk Serries teamed up with turntablist and sounddesigner Graham Dunning for a series of improvised concerts as part of the Raw Tonk Records’ 5th anniversary events.  From the 3 performances this set features two of them, one at De Ruimte in Amsterdam (The Netherlands) and the other at a jazzclub De Singer in Rijkevorsel (Belgium).  While improvised this definitely moves into different territories : intense soundscapes, drones, bluesy distant guitars and much more.  Now available as pre-order from the Raw Tonk Records bandcamp along with two other live releases.

 

JAZZWISE reviews !!

MARTINA VERHOEVEN & DIRK SERRIES – INNOCENT AS VIRGIN WOOD (CD, New Wave Of Jazz 2017)

“*** This understated duo-in-dialogue builds on the explorations of Serries’ solo effort from last year, Etched Above The Bow Grip, a stylistically diverse set which doubled as the Belgian guitarist’s tribute to Derek Bailey. That Sheffield scion’s influence is even more keenly felt on Innocent as Virgin Wood. Whereas 2016’s collection saw Serries’ still clinging to remnants of his old isolationist ambient habits, here he lays all bare on the altar of unadulterated improvisation (perhaps this is the purity referenced in the album’s title). It’s a conversation that follows poet-gardener Ian Hamilton Finlay’s resolve to reduce everything to its simplest essence. With scant place to hide, it’s left to Verhoeven’s sprinkled mizzle of notes to mitigate Serries’ more confrontational tastes. Non-idiomatic debate plays out as gunboat diplomacy in a succession of unresolved balancing acts. Languid but never supine, Innocent as Virgin Wood takes its cues from the magisterially-restrained music of Morton Feldman and AMM, or even, during its most bucolic moments, the reductive realms domiciled within Another Timbre’s academic temple of sleepwalkers.” Jazzwise – UK

 

JAZZWORD reviews OUTERMISSION

OUTERMISSION FRONTCOVER

“Opposites attract. At least that’s the message that’s reflected in this stripped down guitar-drums session. The duo of Belgian guitarist Dirk Serries plus Brit-in-Amsterdam drummer George Hadow has come up with an archetypal CD which fully synthesize the power of light and dark timbres. Like examining a wall-sized canvas of an 18th century Arcadian scene where crucial scene-setting can be glimpsed in the darkened edges of the painting as well as the luminescent action in the foreground, the duo is singular in detailing improvisations at many pitches and speeds.

Similar sonic alchemy is evident on “Outermisssion”, but with 11 tracks compressed into 37 minutes – Hundred Beginnings is 71 minutes long – conciseness is another characteristic. With drummer Harrow, who in the past has worked with the likes of John Dikeman and Wilbert de Joode on board, Serries whose output runs from Hardf Rock sessions to partnership with Scandinavian ambient duo Yodok, appears to have achieved attained the goal of playing like Jimmy Page and Derek Bailey in subsequent nanoseconds. In truth like the hell-raiser buried in a conventional citizen’s past, even the Metal emulations are muted. Prime instance of this is “Apart”, where Serries’ speedy, knife-sharp and wah-wah pedal-pushed expansions are seconded by Hadow’s juicy drum pops. Still this tune and the following “Leeg”, include unexpected atonal trails from the guitarist that relate more definitely to Free Music experimentation. Chameleon-like however by “Slate”, the following tune the drummer’s scratch-shuffle beat and disconnected tone emphasis from Serries could easily be slipped into any Company disc with little disruption. These same characteristics slip into the following “Open” to confirm that silence saturated creations, based in this case on bass note reverb and foreshortened rim shots, can express emotions with nuance rather than bombast. “Out”, the longest and most minimalist track is dominated by wooden clicks, air resonations, crackles and cracks that could come from either instrument.

Serries and Hadow realize that a muted finale is as prominent by inference as a noisy one. They prove this on the final “Remission” where guitar string jangling and intermittent drum beats add up to a crescendo of quiet tones that define their mastery.” Jazzwise – Canada

 

 

DST TRIO reviewed

“Daelman! Serries! Troch! – Two hours (+ extra time) of living death! … for rotting vegetables, of course!*)

What a game! – należałoby krzyknąć i bez zbytniej zwłoki przejść do ponownego odsłuchu niezwykłego wydawnictwa, firmowanego przez trzech muzyków z Belgii.

Jego niezwykłość ma podwójny wymiar – po pierwsze to muzyka, która rwie trzewia recenzenta zdecydowanie ponadnormatywnie. Decyduje o tym jakość, świeżość i artystyczna nieprzewidywalność dźwięków tu zamieszczonych. Po drugie – bo dostajemy je w formie podwójnego zestawu … kaset magnetofonowych w nakładzie… 37 sztuk! **)

Aktorzy tego muzycznego spektaklu są następujący: Jan Daelman – multiinstrumentalista, tu tenorzysta, flecista i … skrzypek (baby violin), Thijs Troch – pianista, no i ten trzeci, bez dwóch zdań najważniejszy, Dirk Serries na gitarze elektrycznej. To ostatnie nazwisko pada tego roku na Trybunie na tyle często, że nawet mniej bystrzy Czytelnicy winni je kojarzyć. Choćby z rozbudowanej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz, opublikowanej ostatniego dnia sierpnia br.

Podwójna kaseta bez tytułu składa się z czterech separatywnych opowieści. Kaseta pierwsza zawiera dwie sesje studyjne, poczynione w duetach (Sunny Side, Anderlecht, Bruksela), zaś kaseta druga – koncert tria zrealizowany w belgijskim klubie De Singer oraz post-produkcyjne, recyklingowe dzieło niejakiego Fear Falls Burninga (znawcy historii europejskiego ambientu wiedzą doskonale, iż pod tą nazwą ukrywa się od wielu już lat…Dirk Serries). Wszystkie nagrania zostały zarejestrowane prawdopodobnie w roku 2015 (opis wydawnictwa tego nie precyzuje). Edytorsko dostępne są od ostatniego dnia października 2016 roku, dzięki doskonale nam już znanemu labelowi z Manchesteru – Tombed Visions.

Za moment prześledzimy, minuta po minucie, zawartość obu kaset. Na tę czynność potrzebować będziemy dwóch godzin zegarowych. Potem – w ramach dodatkowej porcji przyjemności (ów extra time w tytule!) – sprawdzimy, cóż wydarzyło się w trakcie 35 minutowego koncertu tego samego tria, już w roku bieżącym (tym razem dzięki operatywności wydawnictwa Nachtstuck Records – premiera 17 lipca br.).

Anderlecht Session II. Duet Daelman & Serries już stoi w blokach startowych. Od pierwszej sekundy na ostro, z maksymalną drapieżnością, dwa instrumenty w stanie nieustannej pyskówki. Saksofon tenorowy, jak ostrze brzytwy, tnie niezwykle precyzyjnie. Gitara elektryczna zapętlająca się i zgrzytająca, w stanie permanentnego, dynamicznego sprzężenia. Psychedelic knives! Narracja jest stała, zawieszona niczym wielka pętla na szyi niewinnego skazańca, być może na całe 36 minut. Eksplozywnie, kompulsywnie, śmiertelnie! Szorstkie, punkowe, wręcz noise’owe brzmienie obu instrumentów. Po 15 minucie Serries zmienia nieco strategię działania. Nie eskaluje hałasu w pełnym zwarciu, raczej wycofuje się i przyjmuje rolę komentującego recenzenta. Snuje delikatnie synkopowaną opowieść, jest o pół tonu spokojniejszy i dzięki temu akustycznie bardziej wyrazisty. Daelman idzie w zaparte, jest konsekwentny i zabójczo precyzyjny. Atonalny wulkan energii! On także potrafi zmieniać metody frazowania, bardziej wnikliwie wgryzać się w przebieg duetowej improwizacji. Obaj muzycy świetnie się słuchają, intensywnie reagują i wchodzą w eskalujące się interakcje. Niespodziewanie do gry wchodzi flet! Być może wymiana instrumentu odbyła się on-line (co za tempo!), być może mamy do czynienia z klejeniem poszczególnych części nagrania (sesja jest jednym trakiem, jedną stroną kasety, ale prawdopodobnie nie jednym ciągiem dźwiękowym). Doom-heavy-flute! Dirk gra teraz nieco inaczej, mniej sonicznie, stara się pozostawiać więcej przestrzeni słabszemu fizycznie dęciakowi. Ucieka w dość wysoki rejestr. Przypomina upaloną wiolonczelę? Nie, to jednak kolejna zmiana instrumentu. W rękach Jana lądują dziecięce skrzypce! Soczysta sonorystyka, gwałtowne zmiany tempa. Galopada na całego! Ciarki na plecach recenzenta! Radykalna zmiana klimatu, tempa narracji następuje całkowicie niespodziewanie (znów klejenie traków?). Powrót do fletu, który brzmi wręcz barokowo. W tle oniryczna waltornia, która jest oczywiście tylko gitarą elektryczną Dirka. Muzycy w trakcie tej sesji zdają się być gotowi na każde rozwiązanie dramaturgiczne! To samo proponują słuchaczowi. Wybrzmienie tej jakże noise’owej ekspozycji duetu jest ewidentnie true-ambient. A umiejętność przechodzenia z fazy a do fazy b każdej narracji budzi prawdziwy respekt – wszystko odbywa się tu z kocią zręcznością (nawet abstrahując od post-produkcyjnego klejenia). Flet potrafi tak szybko stawać się skrzypcami, że już w oparach ciszy po tym niesamowitym secie, mamy wrażenie, że to jest jednak jeden i ten sam instrument.

Anderlecht Session I. Czas na duet Serries & Troch! Akordy piana, z dna instrumentu, szelest pojedynczych dźwięków na strunie gitary, którą stać na każdy kaprys narracyjny. Cisza i spokój godny wirtuozerskiej eskalacji na poprzedniej stronie tej kasety. Precyzja, skupienie, ale i tak jest gęsto, i tak tłusto. Ta sesja także składa się z kilku części, tu jednak odseparowane są one sekundowymi spacjami ciszy. Inwazyjna, plamista gitara w opozycji do coraz silniej preparującego fortepianu. Muzycy depczą sobie po piętach, są jednak ekstremalnie wiarygodni w tym, co sobie czynią. Serries szaleje na gryfie, niemal na nim leży i skowycze. Nie inaczej czyni Troch, siedząc w piekielnej otchłani swojego wielkiego instrumentu. Gdy gitara idzie w hałas, piano komentuje z klawiatury, z dużą dawką zadziorności i to też ma niebywały urok. Ciało w ciało, sound by sound! Ile tu historii, ile zwrotów dramaturgicznych. Cała współczesna literatura faktu. Od 13 minuty zaczyna się główny fragment tej sesji, który zawładnie naszymi receptorami słuchu na blisko kwadrans. Narracja jest skupiona, intensywnie wyciszona. Oniryzm i psychodelia w służbie improwizacji. Gitara ucieka w swój świat. Daje nura w ocean ambientu. Światła zostają wygaszone, uciekamy od rzeczywistości i budujemy kosmiczną drogę mleczną. Delikatne głaskanie strun fortepianu i smak gitarowego drona, który zagłębia się w sobie, owija się wokół własnej osi. Tu, na najcichszym padole tego wydawnictwa, muzycy zdają się być ujmująco wyraziści i niebanalnie piękni. Czynią to na minimalistyczną modłę, bo ta metoda kreacji jest tu najbardziej właściwa. Ten pasus dźwięków snuje się i zdaje się nie mieć końca. Pachnie dobrym Yodok III! Ambient Serriesa jest wielobarwny aż po granice impresjonistycznego kiczu. Drży i płacze, rwie się do lotu i krzyczy. What ever you want! Ostatnie dziesięć minut sesji, to kolejne perły w formule 2-3 minutowych epizodów. Hałas i zgrzyt świetnie konweniują tu z kontemplacją i mantrycznym zaśpiewem. Finał znów przywołuje oniryczne klimaty kute w skale. Piano czyni delikatne kontrapunkty klawiszowymi akordami, bądź szeleści strunami w pudle rezonansowym. Gitara szuka dna i jest nieprzejednana w swojej postawie. Ciekawy dysonans akustyczny – odkrywcza gitara i tradycyjne piano. Cóżby jednak muzycy nie czynili, w złoto zamieniają!

Live at De Singer. Na koncercie stawia się już cała trójka naszych dzisiejszych bohaterów. Jedno wszakże zastrzeżenie – Jan Daelman na koncert zabiera jedynie flet. I to on, spokojnym tembrem, wprowadza nas w nastrój wydarzenia koncertowego. W tle brzęczą przetworniki gitarowe, blat fortepianu (piana) delikatnie rezonuje, zaś sam muzyk ostrzy struny wewnątrz instrumentu. Muzyka wykluwa się, niczym pisklę z wyjątkowo twardej skorupki. Szczypta mikroeskalacji na pograniczu ciszy. Minimalistyczne dyskusje o bladym świcie. Współczesna kameralistyka zbuntowanej, acz ugrzecznionej młodzieży (liczę, że Dirk wybaczy mi ten epitet pokoleniowy). Molekularna, kropelkowa improwizacja. Gitarzysta pozostaje na razie w cieniu, poleruje struny i czeka, co zrobią koledzy. Flet trzyma się roli tytułowej, piano młoteczkuje. Niechybnie Panowie ze współczesnej edycji AMM przechodzili gdzieś obok i pozostawili mokre ślady. Narracja nieznacznie nawarstwia się dopiero przed upływem kwadransa. Aż trudno sobie wyobrazić, że ci sami muzycy, w dwóch separatywnych duetach, narobili tyle hałasu na pierwszej kasecie tego zestawu. Z kolei, to być może kolejny dowód na to, że tych doskonałych muzyków stać na mezalians z każdym gatunkiem. Po 18 minucie działania twórcze naszej trójki zaczynają się intensyfikować. Dźwięk goni dźwięk, choć nadal na scenie jest dość spokojnie, jak na kanony tego wydawnictwa. Muzycy trochę droczą się na siebie, trochę do siebie tulą. Zwinna solówka Dirka, cicha, niezwykle wyrazista (21 minuta). Potem dwa, trzy słowa od pianisty, bardzo kameralne i dramaturgicznie odpowiedzialne. Niezbędny komentarz ze strony gitary i fletu, zdaje się tu koniecznością, a przy okazji finałem koncertu.

Live at De Singer (remix). Oto i jakże dostojny, zrównoważony emocjonalnie set trzech gentlemanów sprzed chwili, zostanie teraz elektronicznie zdewastowany przez Fear Falls Burninga. Ostry atak gitary, kosmicznie zmutowanej! Brutal ambient! Jakże uroczy dysonans w stosunku do pierwszej strony drugiej kasety. Tłumione na koncercie emocje gitarzysty, tu w zwojach kabli, wprost eksplodują. W tle soczyste drony, plamiste pasaże w pełnym dygocie egzystencjalnym. Ciekawy metadźwięk klawisza. Jakby ekstremalnie upalone piano Fendera. Dirk! Prawdziwy król Midas! Master of non-reality! Krążymy wokół gitarowego sprzężenia i jest nam z tym wyjątkowo dobrze. I wciąż ten urokliwy tembr Fendera, jakby z tył głowy. Drony gęstnieją, nakładają się na siebie – perfekcyjna symbioza wielu artystycznych punktów widzenia.

Live At Koffie & Ambacht. Czas na zapowiadaną dogrywkę. Jesteśmy w Rotterdamie. Tym razem znamy datę – jest 3 czerwca br. Trio Daelman, Serries i Troch przyjmuje dość oczywistą nazwę DST Trio. Od razu spoglądamy na okładkę wydawnictwa, które zwie się, jak tytuł tego akapitu. Żadnych postaci, jedynie same instrumenty. Pianino, nie fortepian! Zestaw fletów, także małych, prostych. Tenor. Skrzypce, także dziecięce. Gitara i przetworniki oraz talerz! Możemy startować w 35 minutową podróż. Podobnie jak na koncercie z kasety, znów wchodzimy w klimaty AMM, może jednak nieco mniej geriatryczne. Talerz w natarciu (w rękach Jana!). Wykwintne, repetytywne piano. Dirk milczy. Zwinna eskalacja w wysokim rejestrze, szaleństwa na talerzu (Eddie Prevost może być dumny z poziomu inspiracji). Serries wyłania się niezwykle powoli, ale wciąż jest na trzecim planie. Muzycy znów wolą ciszę i skupienie niż hałas i nadmiar ekspresji. Pląsy na baby violin (okazuje się, że ma dość solidne struny!). W tym akurat momencie wszyscy zdają się być dość perkusjonalni. Skromny rytm, który kodyfikuje standard improwizacji. Onirycznie, ale bez zbytniej psychodelii. Muzycy sprytnie wiją się w zeznaniach i szukają odrobiny transu (zwłaszcza Troch). Flet zaburza ten ciąg przyczynowo-skutkowy i szuka zwady. W okolicach 18 minuty Serries zaczyna wreszcie zaznaczać swoją obecność na scenie. Rodzaj deep ambient, który narasta i opada. Duch wielu pokoleń muzycznych minimalistów unosi się nad naszą trójką improwizatorów (Le Monte Young wręcz klaszcze w dłonie!). Może i serialistów… – suponuje niedouczony recenzent. A Dirk znowu idzie na kawę…  Flet kwili, piano akorduje, repetycja w ślad za repetycją. Gitara… to już chyba czwarty plan. Coś trzeszczy wyjątkowo delikatnie na suchych strunach (AMM?). Na finał Jan bierze do ust saksofon. Dmie po dyszach. Szumi i wzdycha. Drży i szeleści. Minimal będie z nami do końca. Saksofonista stara się bardzo, pianista gra melodię, a gitarzysta ledwie dotyka strun i rezonuje. Jest eskalacja, mikroszczypta emocji na samo zakończenie. Źdźbło hałasu. Być może o parę minut za późno. Daelman ma sekundę na erupcję i wykorzystuje ją skrupulatnie. Stempel z gorącej spermy. Ostatnie 180 sekund koncertu, to czas na wybrzmiewanie piana i gitary, a może tylko piana.” Spontaneous Music Tribune – Poland

 

 

 

DST TRIO live at Jazz@home

“Van een onbekende façade in de bovenkant van de binnenstad en een stukje jazzgeschiedenis in het centrum, trokken we zuidwaarts. Dicht bij het station was een charmante huiskamer opengesteld voor het DST Trio: Jan Daelman en Thijs Troch van Keenroh, Kabas, Northern Escorts en een dozijn andere bands, met gitarist Dirk Serries. Dit trio was zowat de tegenpool van Urbex, want de voluptueuze stadsjazz werd hier vervangen door iets dat je enkel kan omschrijven als een soort van muzikale ascese. Van Serries viel dat te verwachten, want de man heeft een halve carrière gebouwd op soloreleases die resoluut in eindeloos klankonderzoek en trage dynamiek duiken, maar met de twee jongelingen erbij klonk dat weer heel anders.

Dit was een minimale bedoening die regelmatig richting hedendaagse muziek lonkte en aanvoelde als een verzameling van onalledaagse geluiden die in uiteenlopende constellaties op elkaar gepast werden. De gitarist hield de gitaar een groot deel van de tijd op de schoot, stak stokjes tussen de snaren en bewoog een metalen veer en een slide over de snaren. Troch plukte snaren in de geprepareerde pianobuik of liet kleine riedels ontsnappen, terwijl Daelman aanhoudende golven blies op de dwarsfluit. Erg kaal en open, maar toch ook voorzien van vrij afgelijnde markeringen, momenten waarop gewisseld werd van instrument of speelwijze. Zo ging Daelman een cimbaal bewerken met een strijkstok en iets later lucht laten circuleren door een tenorsax.

Het klonk zoals heel wat releases op het Mikroton-label dat doen: intimistisch, gedetailleerd, op het autistische af. Het was wel mooi om te horen hoe hecht het geluid bleef, want het slow motion-parcours bleef een collectieve oefening in transformatie. Fraai moment: toen Serries even bleef hangen in een ambient-geluid en de andere twee stelselmatig binnen trippelden met muzikale regendruppels en een toenemende intensiteit. Geen evidente muziek, integendeel. Het waren vooral onalledaagse geluiden, die dan nog eens uitgevoerd werden op fluisterniveau, maar wel in drie verteerbare bewegingen die een boeiende slingerbeweging maakten tussen meditatieve coherentie en voorzichtige ontregeling.” Enola – Belgium

NWOJ’s new releases receive praise !

BADD PRESS reviews :

“Two extraordinary new releases landed on Friday from A New Wave of Jazz, both featuring the great guitarist Dirk Serries. One’s a studio recording; the other a double live album.

Innocent as Virgin Wood features Martina Verhoeven and Serries, collaborating as a duo in a studio setting for the first time. Verhoeven performs on a Steinway grand piano and Serries on acoustic guitar. The interplay between the two sounds nothing like a debut. They play off one another skilfully.

It’s a work in five parts, all improvised. The music is spacious and fitful. You can imagine the two watching one another for cues throughout the 36-plus-minute recording. Pause, followed by a small frenzy of activity, followed by another pause. It’s a compelling effect.

Serries told me the title “refers to the purity of wood in sound, feeling and performance.”

For a frenetic taste of European free jazz at its best, check out Double Vortex. Recorded live at London’s famous Vortex Jazz Club this past Feb. 8, the double disc features both a quartet and quintet set.

Serries launches us into the quartet recording with a jarring electric guitar solo. He’s joined by three long-time mates: John Dikeman on tenor saxophone, Andrew Lisle on drums and Colin Webster on alto and baritone saxophone.

As if the four don’t make enough of a racket, lan Wilkinson joins the quartet – also on alto and baritone saxophone – for the truly jarring five-piece set. The two sax players battle it out like street fighters. This is full-contact jazz.

Reportedly, Vortex Club owner Olivier Weindling said the two sets comprised the “loudest and most powerful” shows his venue had ever presented. No doubt that’s true.” Badd Press – UK

OPDUVEL reviews :

MARTINA VERHOEVEN & DIRK SERRIES – Innocent As Virgin Wood (CD)
“Naast de dubbel-cd Double Vortex van Quartet en Quintet, verschijnt vrijdag 1 september a.s. nog een release op het A New Wave Of Jazz-label van Dirk Serries. Op die release, getiteld Innocent as Virgin Wood, is Serries te horen samen met zijn echtgenote Martina Verhoeven. Het is niet de eerste keer dat zij samenwerken, maar deze uitgave is wel een hele speciale.

Verhoeven was aanvankelijk verantwoordelijk voor het artwork van verschillende platen van Serries, maar zij heeft zich ook als contrabassiste ontplooid en is te horen op de eerder op A New Wave Of Jazz verschenen lp’s Sluimer van Fantoom (met naast Verhoeven en Serries ook Otto Kokke en René Aquarius van Dead Neanderthals) en Cinepalace van het Serries Verhoeven Webster Trio. Autodidact Verhoeven ontpopte zich op die platen als een wat onorthodoxe maar fijne contrabassiste. Dat gold helemaal voor de eerder dit jaar verschenen digitale uitgave Citadelic, een weerbarstige vrije improvisatieplaat waarop Verhoeven en Serries als duo zijn te horen.

De weg die gitarist Serries heeft afgelegd van zorgvuldig geconstrueerde ambient naar vrije improvisatie, mag inmiddels bekend worden verondersteld, evenals de niet bij te houden output van Serries op cd, lp of tape. Of digitaal. Het gitaarspel van de Belg lijkt met iedere vrije impro-uitgave vrijmoediger en inventiever te worden, waardoor zijn spel steeds weet te verrassen.

Verrassen doen Verhoeven en Serries zeker op Innocent as Virgin Wood, want daarop zijn de Belgen helemaal niet op hun vertrouwde instrumenten te horen. Serries speelt op dit album geen elektrische maar akoestische gitaar en Verhoeven speelt piano. Door het afwijkende instrumentarium ontstaat vanzelf een andere wijze van samenspelen, maar dat is niet het enige verschil met de andere releases waarop het echtpaar is te horen.

Verhoeven en Serries kiezen namelijk voor een volledig andere muzikale aanpak. Een minimale aanpak, waarin de muziek niet af lijkt en door de luisteraar het nodige zelf moet worden ingevuld. Alsof een verhaal wordt verteld waarin steeds expres belangrijke details worden weggelaten, waardoor veel aan de verbeelding wordt overgelaten. Muzikaal vertaalt zich dat in het spelen van frases waarin steeds een aanzet tot een muzikaal pad wordt gegeven, maar niet meer dan dat.

Het meest opvallend is dat te horen in het pianospel van Verhoeven, die akkoorden en korte notenreeksen speelt, waarbij de resonantie van het instrument ook een rol speelt. Serries stelt daar stekelig, a-ritmisch spel tegenover, evenals dissonante akkoorden. Aldus ontstaat een oneffen muzikaal parcours dat intrigeert door de spanning die voelbaar is. Die spanning heerst tussen de piano en de gitaar, maar ook omdat stilte een onderdeel uitmaakt van de muziek die Serries en Verhoeven maken.

Door die stilte en de kalme manier waarop de vijf delen van Innocent as Virgin Wood zich voortbewegen, komen namen van componisten als Morton Feldman en Christian Wolff bovendrijven. De muziek van Verhoeven en Serries is echter volledig geïmproviseerd en met name het gitaarspel van Serries klinkt te vrij om gecomponeerd te kunnen zijn. De muziek blijft daardoor steeds iets onvoorspelbaars houden, wat bijdraagt aan de enerverende luisterervaring.

Martina Verhoeven en Dirk Serries voldoen niet aan het verwachtingspatroon op Innocent as Virgin Wood, tenminste wat de muzikale richting betreft. Wat betreft de kwaliteit van de muziek, zoals we die al jaren kennen van Serries, wordt volledig aan de hooggespannen verwachtingen voldaan. Er is al veel moois verschenen op A New Wave Of Jazz, maar dit is een van de meest bijzondere, spannende en intrigerende releases van het label.”

QUARTET & QUINTET – Double Vortex (2xCD)
“Vrijdag 1 september a.s. verschijnen twee nieuwe releases op het A New Wave Of Jazz-label van Dirk Serries. Dat label opereerde tot nu toe onder de vlag van Tonefloat, maar daar is verandering in gekomen. Wat ook veranderd is, is dat de twee nieuwe uitgaven niet op vinyl maar op cd verschijnen. Dat zal een financiële reden hebben, maar zeker de plaat die nu besproken wordt past door de lengte van de stukken beter op cd dan op vinyl. Voor Double Vortex zijn zelfs twee schijfjes nodig.

Het gaat hier om twee sessies die plaatsvonden in de Vortex Jazz Club in Londen op 8 februari 2017. Het kwartet bestaat uit John Dikeman (saxofoon), Andrew Lisle (drums), Dirk Serries (elektrische gitaar) en Colin Webster (saxofoon). Het kwintet betreft dezelfde muzikanten aangevuld met saxofonist Alan Wilkinson. Lisle, Serries en Webster vormen samen het Kodian Trio, waarvan eerder een plaat (I) op A New Wave Of Jazz verscheen. Datzelfde geldt voor het kwartet met Dikeman (Apparitions).

Wilkinson, van oorsprong uit Manchester, maakt al geïmproviseerde muziek sinds eind jaren zeventig en is vooral in de Engelse jazzscene een veel geziene gast. Hij heeft vaak gespeeld met drummer Paul Hession en maakte deel uit van het Ubiquity Orchestra en van een trio met Steve Noble en Tony Moore. Later vormde hij met Hession en bassist Simon Fell een trio. De lijst met samenwerkingen met individuele muzikanten is bijkans eindeloos.

Wie bekend is met de improvisatoren die de beide schijfjes bevolken, weet dat zij niet terugdeinzen voor een kakofonie meer of minder en dat dit bijdraagt aan de opwindende ervaring die dit soort freejazz teweegbrengt. Op ‘Double Vortex’ wordt de naar een heerlijke pot jazzherrie verlangende luisteraar niet teleurgesteld, maar zowel het kwartet als het kwintet bieden veel meer dan alleen dat.

Serries en Lisle openen ‘Session One’ van het kwartet, maar het duurt niet lang voordat de beide saxen hun onderlinge gevecht aangaan, Dikeman op zijn vertrouwde tenorsax en Webster op baritonsax. De saxen klinken op de voorgrond, maar Serries en Lisle bieden opvallend duidelijk weerwerk. Serries speelt zijn a-ritmische en noisy spel en Lisle deelt ferme tikken uit. Het is een waar genot om naar te luisteren omdat in alle hectiek de muzikaliteit buiten kijf staat. De live-energie is uitstekend vastgelegd op cd en met de ogen dicht waan je je in de jazzclub, vooraan bij het podium.

Na zo’n zeven minuten wordt het lawaai voor het eerst getemperd, maar rustig is de muziek niet. Serries jengelt, Dikeman scheurt, Lisle gebruikt vooral zijn snare en Webster speelt zijn onorthodoxe spel. De muziek is constant in beweging, gaat soms langzaam maar vaak zonder vooraankondiging van de ene frase over in de volgende. De muzikanten voelen feilloos aan wanneer in te houden en wanneer uit te halen.

Onderweg worden duo’s en trio’s gevormd, maar het is vooral het vrije samenspel waarmee het kwartet imponeert. Webster wisselt na een kwartier van bariton- naar altsax en later weer terug, maar voor de intensiteit van zijn spel maakt dat geen verschil. Het lange ingehouden gedeelte vanaf minuut vijfentwintig is razend spannend. Het lijkt wel een spel waarbij degene af is die zich het eerst niet meer kan beheersen. Dikeman waagt de eerste voorzichtige poging om de anderen mee te krijgen, maar de weg naar de finale is een lange. Webster en Dikeman luiden uiteindelijk gezamenlijk de laatste luidruchtige fase in.

Op ‘Session Two’ doet Wilkinson mee en dat betekent drie saxofoons die door elkaar heen toeteren. De geluidserupties klinken nog forser, maar Serries en Lisle weten door het saxofoongeweld heen te breken. Wilkinson speelt altsax en baritonsax en Webster beperkt zich nu tot de baritonsax. Een inleiding is er nauwelijks en in het eerste gedeelte gaan de muzikanten er vol op. De saxofoons gieren, sputteren en scheuren, de drums zijn alomtegenwoordig en de gitaar laveert houterig, met horten en stoten daar tussendoor.

In de tweede sessie bestaat meer ruimte voor korte solopassages, maar ook nu worden duo’s en trio’s (en nu ook kwartetten) gevormd. Met dezelfde ingrediënten maar met de toevoeging van één saxofonist ontstaat een geheel ander stuk dan ‘Session One’, waarbij in de rumoerige gedeelten een opvallende rol is weggelegd voor de fabuleus drummende Lisle, die zonder een duidelijk ritme te spelen de zaak bij elkaar lijkt te houden. Serries’ vrije capriolen op elektrische gitaar lijken elke nieuwe release inventiever te worden.

Uiteraard zijn het de drie saxofonisten die het duidelijkst naar voren komen. Zowel Dikeman, Webster als Wilkinson overtuigen in hun solo’s, maar vooral in het gezamenlijke spel, waarin geen van hen een duimbreed lijkt toe te geven maar men elkaar nergens in de weg zit. Het is meer dan kriskras door elkaar musiceren; hier wordt de kunst van het luisteren gecombineerd met het maken van uitbundig lawaai. Zodra het volume in toom wordt gehouden, overtuigen de drie saxofonisten evenzeer door het creëren van spanning.

Deze dubbel-cd bevat louter vrij geïmproviseerde muziek waarin geen compromissen worden gesloten. Interactie tussen de muzikanten is er echter volop en het wekt bewondering hoe in de vaak regerende chaos toch alles klopt. De rauwe energie overrompelt, maar Quartet en Quintet klinken even bezield in de ingetogen passages. De muzikale toewijding en de spontaniteit maken dat Double Vortex een buitengewoon opwindende live-cd is.” Opduvel – The Netherlands

SPONTANEOUS MUSIC TRIBUNE focuses on the complete back catalog while highlighting the new releases :

“A New Wave Of Jazz Serries! Yes, indeed, this is Dirk Serries’ Series!

Jeśli określenie jazz ma dziś jakąkolwiek innowacyjną wartość na europejskiej scenie muzycznej, to trop wyjątkowo żmudnych poszukiwań winien kierować nas do Holandii i Belgii!

Tam bowiem, całkiem niedawno, powołana została do życia seria wydawnicza, której tytuł kusi i prowokuje – Nowa Fala Jazzu.

Za to niecne zdarzenie odpowiada holenderski label Tonefloat, który specjalizuje się w muzyce elektronicznej, drone & dark-ambient i wszelkich awangardowych koligacjach w/w stylistyk. Tamże zresztą od lat publikuje swoje nagrania w podobnej stylistyce, belgijski gitarzysta Dirk Serries. To drugi odpowiedzialny za Nową Falę. To on artystycznie zarządza sublabelem, który pragnie – ciągle prowokując – odświeżać pojęcie jazz. Koniecznie dodać należy, iż jest także podmiotem wykonawczym na każdym wydawnictwie serii.

Katalog A New Wave Of Jazz od jutra oficjalnie liczyć będzie 14 pozycji. Dziś skrzętnie wszystkie je omówimy. Zaczniemy od dwóch najnowszych wydawnictw (po raz pierwszy w historii serii – na płytach kompaktowych!). Potem omówimy kilka płyt, głównie winylowych, z muzyką improwizowaną, w której śmiało doszukać się można jazzowych inspiracji. Zakończymy zaś na omówieniu kilku… kaset magnetofonowych (także winyli!), zawierających muzykę improwizowaną bazującą na rockowej i dark-ambient estetyce, realizowaną przy użyciu wyłącznie żywego instrumentarium.

Nasza dzisiejsza opowieść będzie miała – jak to często na Trybunie bywa – zaburzoną chronologię. Innymi słowy – delektując się kolejnymi płytami z katalogu A New Wave Of Jazz, będziemy na ogół cofać się w czasie!

Quartet, Quintet & … Duo!                                                          

Jeśli ta akurat Fala Jazzu ma być istotnie nowa, jej przybliżenie winniśmy zacząć od pure jazzowej petardy. I tak będzie w istocie – baa, owa petarda będzie pure freejazzowa!

Jest początek lutego bieżącego roku, jesteśmy w Londynie. Jeśli chcemy posłuchać konkretnego free, adres może być tylko jeden – Vortex Club! Na scenie kwartet w składzie: John Dikeman – saksofon tenorowy, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna i Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Session One potrwa 36 minut z sekundami. Po krótkiej przerwie na scenę, na Session Two, wkroczy kwintet, który personalnie składać się będzie z kwartetu już zaprezentowanego i elementu uzupełniającego, w osobie Alana Wilkinsona, na saksofonie altowym i barytonowym. Ten epizod potrwa 45 minut z sekundami. Od jutra muzyka z obu setów dostępna będzie w sprzedaży jako Quartet & Quintet Double Vortex (2 CD; anwoj0013, 2017).

Session One.  Armaty na start! Saksofony salutują i ruszają do wysokiego lotu! Towarzyszą im gitarowe sprzężenia i stosunkowo subtelny drumming. Dęciaki nie czekają na zaproszenie, jadą ostro i bez wysiłku wchodzą w bardzo konkretną eskalację… Noise for ever! – krzyczy recenzent, mimo, iż dopiero, co zdążył zasiąść w wygodnym fotelu. Ta muzyka jest krwiście bolesna, ma gwałcić, tarmosić i nie dawać nawet chwili wytchnienia. Raczej nie należy dziś liczyć na brzmieniowe subtelności, których doświadczyć mogliśmy na wcześniejszych płytach tego kwartetu (patrz: dalsza część opowieści). Saksofony rządzą niepodzielnie, choć Serries nie zamierza być mniej dosadny, podobnie Lisle. Free jazzowa erupcja godna każdego skrawka niewielkiego Vortexu. Wybrzmienie pierwszego szczytu zostawia nas w towarzystwie barytonu i perkusji. Ten pierwszy delikatnie zawodzi i skowycze. Powrót Dikemana jest bystry i agresywny. Dirka, równie spektakularny i żywiołowy. Drummer zdaje się być nadmiernie rockowy i nieco ubogi w środki wyrazu, ale w tych okolicznościach nie stanowi to jakiegokolwiek problemu poznawczego. Ekspresyjnie nadąża bowiem za wyczynami kolegów. Serries frazuje nieco w poprzek narracji, rwie struny i nie ma najmniejszego zamiaru ograniczać się do kreowania dołów dla szalejących saksofonistów. To wprowadza intrygujący dysonans w gorejącym tyglu free eskalacji. Saksofony zwinnie reagują i wchodzą w obszar wzajemnych, konwulsyjnych imitacji. Pioruny od prawej do lewej! What a game! – krzyczy recenzent, ale i tak nikt go nie słyszy. Wyciszenie staje się zatem dziejową koniecznością – spore poluzowanie tempa, któremu towarzyszy rozbrajająco skuteczne call & response, zwłaszcza na linii Serries – Webster. Tuż potem, solowa erupcja tego drugiego, przy delikatnym wsparciu perkusji. Wytrawne! Ach ten Webster! – notuje upocony recenzent. Powrót do akcji Dikemana, niczym dobrze dobrana przyprawa. Kolejne wybrzmienie generuje duże pole do popisu dla Serriesa i jego przyczajonej gitary, która śmiało wykorzystuje proambientowe inklinacje. Prawdziwe cudo! Finałowa, pasażowa sekwencja stawia całą płytę o stopień wyżej na skali oceny. Saksofony ruszają na końcową eskalację. Muzycy kompetentni do bólu. Śmiercionośny duet! Cały kwartet jest już całkowicie wybudzony i w zwartym szeregu biegnie ku ostatniej ścieżce tego dysku.

Session Two. Aż trzy armaty na start! W tym dwa barytony! No i ostra gitara, która nie akceptuje drugiego planu. Rozgrzewający się drummer i cztery głowy jadowitego potwora w stanie erupcji. Idiom free jazzu wraca do swoich korzeni i puszcza je z dymem! Eksplozja! Machine Gun – pięćdziesiąt lat później! W okolicach 9 minuty Dikeman wypuszcza się solo. Powrót do kwintetu jest konwulsyjny i zieje ogniem. Serries tym razem posłusznie robi za bas, bo nie ma szans na przebitkę. 12 minuta – pierwsze próby wyhamowania. Dirk rytmizuje swój przekaz i narzuca ów punkt widzenia pozostałym muzykom. Wszyscy są wyjątkowo karni i podłączają się do narracji gitarzysty. Krzyczą, wrzeszczą, wierzgają nogami. Rodzaj silnie upalonego free bluesa, w okolicznościach ciężkiego poranka the day after. Po chwili Dikeman i Lisle zostają sami. Zaskakujące, ale jakże potrzebne katharsis. W tle szumy z gitary. Wejście obu barytonów – depresyjnie piękne! Perkusja drży. Kwintet, niczym ogromny walec drogowy, wdeptuje w ziemię wszelkie ambiwalencje gatunkowe. Soczysty baryton w solowej eskalacji podkreśla emocje na scenie (Alan?). Drugi baryton ma się równie wspaniale. Wyborne pętle Serriesa, lekko cuchnące zdrowym bluesem. Doskonały moment! – zdarte gardło recenzenta ledwie jęczy pod nosem. 27 minuta – gitarzysta ponownie narzuca swoje zdanie, rysując zgrabny rytm. Sytuacja na scenie wydaje się być uporządkowana. Powtórka duetu Dikeman – Lisle nieco przeczy tej tezie. Świetny komentarz barytonu! Dłuższe frazy dęciaków, jako kolejna próba konstruktywnego wyciszenia (jak na ten stan rzeczy). 33 minuta – Serries restartuje swoje ambientowe opowieści. Oniryczność sytuacji podkreślana jest gardłem przez jednego z muzyków. Saksofony znów kleją się do siebie – to najlepsze, co mogą teraz uczynić. Sonore, pojękiwania, palcówki na sucho. Ten stan pozornego wyciszenia nawet lekko … swinguje. Eskalacja saksofonów, to właściwa odpowiedź! Perkusista budzi się do życia. Gitarzysta także jakby gorętszy na gryfie. Urocza ucieczka na finałowy szczyt. Wybrzmienie jest nagłe i zaskakujące.

Po krótkiej, higienicznej przerwie na research uszu, wracamy do nowości Nowej Fali Jazzu wprost z Holandii i Belgii. Także jutro premierę będzie miała płyta Innocent As Virgin Wood (CD; anwoj0014, 2017). Tytuł zagadkowy, nieco kuszący. Podmiotem zaś wykonawczym … małżeństwo – Martina Verhoeven i Dirk Serries. Dziewictwo w tytule nie dotyczy jednak ich stanów miłosnych, a jedynie instrumentów, jakich użyli w trakcie nagrania. Martina po raz pierwszy publicznie zagrała na fortepianie, zaś Dirk na gitarze… akustycznej. Dzieło jednotrakowe (choć w pięciu częściach) potrwa 37 minut. Jesteśmy w Anderlechcie, Sunny Side Studios. Jest kwiecień bieżącego roku.

Akordy piana w pogłosie i pętle na suchym gryfie akustycznego wiosła. Minimalizm jako zasada, konstytucja artystyczna, zwłaszcza po stronie Martiny. Dirk jest nieco baileyowski w reakcjach, ale skrupulatnie zaangażowany, bez nonszalancji, która bywała udziałem jego wielkiego poprzednika. Muzycy brną w spokojnej narracji i tracą dziewictwo bez wychodzenia z łóżka. Cisza – niezwykle ważny aspekt dramaturgiczny tej opowieści. Lepiej mniej, niż więcej, zdają się mówić sobie prosto w oczy. Sporo wyczekiwania, wyczulenia na wzajemnie reakcje małżeńskie. Mnogość powtórzeń i powrotów do zdań raz już wypowiadanych. Czy minimalizm jest tu wyborem artystycznym, czy jedynie obawą przed nieznanym instrumentarium? – pyta skulony w sobie recenzent. Doszukiwać się wpływów Mortona Feldmana, czy po prostu słuchać? Recenzent chętnie zaprowadziłby muzyków na skraj przepaści i przekonał do skoku w nieznane. Narracja trochę w typie Flower, jak u Johna Stevensa i Trevora Wattsa, 45 lat temu. Specyficzne call & response. Martina inspiruje Dirka, Dirk repetuje i przetwarza. Próżno tu szukać zwrotów dramaturgicznych, czy emocji eskalacji. Pozostaje współczesna zaduma nad światem zastanym. Pod koniec tej niedługiej rejestracji muzycy zdają się być odrobinę bardziej rozmowni. Dotąd bowiem sprawiali wrażenie małżeństwa z długoletnim stażem, które nie jest się w stanie niczym siebie zaskakiwać. Teraz kilka udanych imitacji, wspólnych, trafnych decyzji. Gdy Dirk gra swoje i nie czeka na sugestie Martiny, robi się znacznie ciekawiej. Jest wyrazisty, pełnowymiarowy, a recenzent ma wreszcie na czym ucho zawiesić. Uznajmy wspólnie finał tej płyty za jego najlepszy fragment. Mimo ambiwalencji – akustyczna gra Serriesa budzi nadzieję na mnóstwo doskonałej muzyki w przyszłości. Next step? Maybe solo acoustic!

Free improvised, not out of jazz!

Przejdźmy do świata improwizujących winyli! Na początek Kodian Trio i ich debiutancki krążek *) o oczywistym tytule I  (tf168, 2016), zarejestrowany (wykonany) w Soundsdavers’ Studio (Londyn) w październiku 2015 roku. Personalnie przed nami: Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Pięć odcinków muzycznych, 47 minut.

Pierwszy. Od startu trafia się nam precyzyjna, jazzowa narracja. Stanowczy tembr barytonu, zwinna, błyskotliwa perkusja i gęste, gitarowe frazowanie, które z kocią zręcznością wkleja się w pasaże kreowane przez pozostałe instrumenty. Lisle nie stroni od sonorystycznych eskapad, Serries lubi się pętlić na gryfie (recenzentowi przypomina wręcz … Jamesa Blood Ulmera!), a Webster – w chwilach wyciszenia – świetnie odnajduje się w dźwiękach pozbawionych faktury melodycznej i rytmicznej. Pod koniec tej opowieści, gitarzysta sięga po smyczek (tak to przynajmniej brzmi). Drugi. Ostry, hałaśliwy odcinek. Rockowy, czupurny zgiełk. Emocje bez patosu. Trzeci. Gitara koi nerwy, choć saksofon ma zdanie odrębne. Ponownie improwizacja osadzona w jazzowym idiomie. Serries gra akordami (powykręcanymi, oczywiście). Webster jest szorstki w obyciu, a Lisle ponownie diabelnie błyskotliwy. Gdy numer ma się ku końcowi, świetny saksofon eskaluje się przy drobnej podcierce perkusji. Czwarty. Jakby ciąg dalszy – duo sax-drums w oczekiwaniu na krotochwilną, płynną gitarę. This is noise jazz! – pilnie notuje, ciągle czymś zaskakiwany recenzent. Gęsto, dynamicznie, bez przecinków. Kompatybilne trio! Szemrząca gitara w tle na finał fragmentu. Piąty. Serries i Webster suną powolnymi dronami, każdy dość separatywnie. Po kilku minutach, rezonującym talerzem, przypomina o sobie Lisle. Narracja snuje się po kątach i nie zadaje pytań egzystencjalnych. Muzycy mają się jednak ku końcowej eskalacji, co czynią błyskotliwie, bez zwyczajowej nostalgii i wybrzmiewania na ostatni dźwięk. Z kajetu recenzenta: dużo free jazzowych fraz, mniej ambientu, a Serries nie zawsze w roli głównej.

Jeśli do w/w wspomnianego tria dodamy drugi saksofon, który w dłoniach dzierżył będzie John Dikeman, otrzymamy kwartet, który odpowiedzialny jest za powstanie kolejnej płyty w katalogu serii. Myślę o podwójnym winylu Apparitions (tf166, 2016). Nagranie ponownie wykonano w studiu Soundsavers w Londynie, pół roku wcześniej, w kwietniu 2015 roku. Podmiot wykonawczy zwie się Dikeman/ Lisle/ Serries/ Webster Quartet **) i zupełnie nieprzypadkowo jego najnowsze nagranie otwiera dzisiejszą opowieść, paręnaście akapitów wyżej. Dodajmy, że Dikeman grać będzie na saksofonie tenorowym, zaś Webster na barytonowym (pozostała dwójka, jak wyżej). Cztery strony dwóch czarnych krążków, godzina zegarowa z okładem.

  1. A. Cicha narracja, spokojne pomruki dwóch czujnych dęciaków, talerze w stanie drżenia, gitara szukająca częstotliwości swojego wzmacniacza. Pocałunki w alkowie! Szmer goni szmer, a tajemnica tajemnicę. Delikatna psychodelia na drugim planie, ale rozbrajająco i uczciwie piękna. Saksofony dmą i nie szukają zwady. Narracja ekscytująco narasta. Hałas, jako pozytywny skutek wyjątkowo udanej eskalacji. B. Muzycy znów za punkt wyjścia obierają ciszę. Saksofony tym razem separatywnie – dron w opozycji do melodycznego zaśpiewu. Eskalacja narracji przychodzi szybciej. Psychodeliczny trans dopada nas już w piątej minucie tej strony. Agresywne saksofony, progresywny drumming, more than dark ambient w tle (recenzent w ekstazie!). Konwulsyjne free, który wybrzmiewa w okolicach 9 minuty. Rozpoczyna się panowanie gitarowych dronów, na tle których sam Serries plecie zwinną improwizację na strunach, lekko szarpiąc się z dźwiękiem. Saksofon tenorowy i perkusja mogą już tylko komentować z podziwem. Tu eskalacja jest trochę inna, bardziej soczysta, zdecydowanie pod dyktando Serriesa. Drugi saksofon powraca dopiero po 15 minucie. Emocje w zenicie! Baryton ocieka spermą! Nie on jeden zresztą! C. Solo perkusyjne. Tenor wchodzi hard-bopowo! Baryton na trzeciego. Łapiemy konwulsyjne free. Serries sprzęga się, a kable płoną. Free noise for ever! Dynamika, tempo, krwawe stemple – what ever you want! Heavy dark jazz! – recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. D. Mikrodzwonki na gryfie, miniflażolety. Solowy, oniryczny, prawdziwie łabędzi taniec gitarzysty. Saksofony wchodzą dużo później i kwilą na boku smutne historie. Jakby rodziło się nowe życie dla tej rejestracji (dodajmy – doskonałe!). Lisle wrzuca trzeci bieg, lewy saksofon buduje wspaniałe tło, prawy dyskutuje, a gitara zakręcona, jak pozytywka, brnie swoim najdoskonalszym tembrem. Zagęszczenie tej narracji smakuje geniuszem twórców. Wyjątkowa płyta! Multigatunkowa improwizacja z Serriesem w roli kluczowego czynnika inspirującego. Na finał znów zostaje sam i czyni cuda!

Nie mamy chwili na odpoczynek, albowiem przed nami kolejna perła w katalogu Nowej Fali Jazzu – trio Dirka Serriesa (gitara elektryczna), Martiny Verhoeven (kontrabas) i Colina Webstera (tym razem saksofon tenorowy). Czarny krążek zwie się Cinepalace (tf156, 2015), a zawiera nagranie koncertowe z … Cinépalace, Kortrijk (Belgia), z maja 2015 roku – jeden trak o długości 45 minut.

Introdukcja jest płynna, ale niezwykle spokojna. Kontrabas podaje dźwięki z samego dołu, przy użyciu smyczka. Saksofon intensywnie szumi, a gitara plumka strunami i lekko się sprzęga. Minimalizm wysokich lotów. Tendencje transowe widoczne gołym okiem! Serries ucieka w oniryzm godny wczesnego Sonic Youth i pieści kostką chłodne jeszcze struny. Rezonuje.Verhoeven silnie znaczy swą obecność i przypomina najlepszy sound Benjamina Duboca. W okolicach 10 minuty zaczyna się prawdziwy spektakl. Saksofon sonoryzuje na potęgę, gitara wierci dziurę w skale (doskonałe! – krzyczy recenzent). Muzycy zaplątani w pajęczynie pomysłów, trzech nieco separatywnych, a jednak niezwykle kompatybilnych narracji. Z akustycznego punktu widzenia – zjawiskowo! Po 18 minucie muzycy eskalują swoje poczynania na scenie. Konwencja minimalistyczna doskonałe służy Websterowi. Serries ma ją w genach, a Verhoeven na pewno na smyku! Hałas po 22 minucie dramaturgicznie uzasadniony. Kosmiczna synergia i niepoliczalne pokłady muzycznej empatii determinują muzykę tria. Po 27 minucie wybrzmienie… Martina znów rządzi, ma piękne, niemal barokowe, głębokie brzmienie. Zostaje prawie sama na scenie. Panowie ledwie akcentują swoją obecność. Od 32 minuty saksofon brnie sonorystycznie, kontrabas repetuje, a gitara onirycznie pętli się wokół siebie, jak tylko ona w rękach Dirka potrafi (a potem hałasuje na rockowy wręcz sposób). Komentarze Colina i Martiny zwalają z nóg recenzenta. Sugestia finalizacji koncertu tylko wzmaga zaangażowanie muzyków. Martina zrywa podłogę, a partnerzy potulnie kleją się do kontrabasowej kontrybucji. Jej solowe wykończenie doskonałego koncertu warte jest kilku wysokobudżetowych nobli z dowolnej dziedziny. Być może najlepsza płyta w katalogu!

Na osi czasu cofamy się o pół roku z okładem. Grudzień 2014 roku, jesteśmy w White Noise Studio (co za nazwa!), w holenderskim Winterswijk. Małżeństwo Verhoeven – Serries wciąż jest z nami. Dołącza para muzyków, wspólnie uprawiających mocne granie w formacji Dead Neanderthals (co za nazwa!) – René Aquarius na perkusji i Otto Kokke na saksofonach. Podmiot wykonawczy określają jako Fantoom, zaś 38 minutową, jednotrakową rejestrację, dystrybuowaną oczywiście na czarnym krążku, postanawiają nazwać Sluimer (tf155, 2015).

Od pierwszej sekundy tego niezwykłego spektaklu dźwiękowego kontrabas Martiny dokonuje cudów! Dźwięki dobywane smyczkiem wprost z piekielnych otchłani, brzmią mięsiście i barokowo. Są delikatnie zabrudzone, dzięki czemu smakują jeszcze lepiej. W ten ultra tembr kontrabasu wplata się dronowa, wielowymiarowa ekspozycja gitarowa, tuż za nią piskliwy saksofon w bardzo wysokim rejestrze i perkusja, która znaczy teren i wbija słupy graniczne. Talerze rezonują. Pachnie ponadgatunkowym majstersztykiem! Post-industrial, post-ambient, post-minimal acoustic drone! Recenzent mnoży skojarzenia, a głowa płonie mu z nadmiaru emocji (choć narracja wije się, jak upasiony wąż po kilku posiłkach). Martina nieustannie zdziera skórę ze strun. Wciąż gra nieodkrytą sonatę Bacha i krwawi obficie, choć ma zdecydowanie płodny dzień. Dirk w głębokiej rzece, po samą szyję, bez możliwości powrotu. Ta pozornie spokojna improwizacja systematycznie eskaluje się (z kajetu recenzenta: kolejna najlepsza płyta w katalogu, jeśli to semantycznie ma ręce i nogi). Rene od czasu do czasu sugeruje proste, rockowe rozwiązania perkusyjne, ale w tym niebywałym tyglu wrażeń, to doskonały dramaturgicznie zabieg! Kolejny być może dowód na to, że we współczesnej improwizacji multigatunkowe doświadczenia muzyków są niezbywalnym atutem i potrafią wykreować wartość dodaną.

W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!

Ufff….. w ramach studzenia emocji posłuchamy duetu, który jednak… wcale nie będzie ich pozbawiony. Baa! Znów się zagotujemy! W lipcu 2014 roku, w studio Sunny Side w Anderlechcie (Bruksela), spotkali się dwaj przyjaciele – John Dikeman na saksofonach i Dirk Serries na gitarze elektrycznej (plus efekty!). Ich 48 minutowa opowieść w czterech częściach zyskała tytuł Cult Exposure (tf143, 2015) i pomieściła się na dwóch stronach czarnego krążka.

Jeden. Saksofonista zaczyna bardzo jazzowo, niebanalnie i stosunkowo agresywnie. Pikantnie, altowo z silnym przydechem. Gitara, szeroką płaszczyzną dźwięku, podłącza się po około 150 sekundach. Drąży skałę, sprzęga się i brnie do przodu w dość majestatycznym tempie, w nieco rockowej estetyce. John robi swoje i skupia się na snuciu dobrej opowieści. Popada w rozliczne autoeskalacje, które nie trwają jednak długo. Dirk skwierczy, chętny jest do wycieczek w kierunku krwistej psychodelii. Lubi dronizować, nawarstwiać się sound by sound. Urocze! Drugi. Mikrodźwięki, spokojne, separatywne ekspozycje obu muzyków. Serries onirycznie mutuje dźwięki, zwinnie repetując. Saksofon – dość słodki i aluzyjny. Zagęszczenie narracji odbywa się poprzez intensyfikowanie zjawisk fonicznych. Gitara multiplikuje się, a saksofon dmie w coraz wyższych rejestrach. W zakresie tempa, ten drugi gra dwa razy więcej dźwięków w jednostce czasu niż ten pierwszy, ale jako duet idą zwartym, równym krokiem. Spowolnienie jest wyjątkowo trafione. Ambient uroczych popaprańców! Trzeci. Szczypta sonore na tle ledwie sugerowanego dark ambient, wprost z gryfu ognistej gitary. Improwizacja narasta niezwykle powoli. Ale już od 6 minuty panowanie muzyków nad emocjami słuchacza jest 100%-owe. Muzyka lepi się i dronizuje. Po 13 minucie saksofon, jak mucha, wpada w plastry miodu, które rozpływają się po strunach gitary. Ballada nadmiernie potępionych układa nas do snu, który nigdy nie nadejdzie. Wonderful! Czwarty. Powrót pierwszego tematu (przynajmniej jeśli chodzi o tytuł). Gitara rzeźbi na dużym pogłosie, ale bardzo strzeliście. Saksofon plecie pikantne historie o niewierności. Emocje finału tego nagrania mają intensywność wrzasku strącanych do lochu. Sprawiedliwość triumfuje, równie wyraziście, jak wyjątkowe są dźwięki Cult Exposure.

Trzy miesiące później, w październiku 2014 roku, duet Dikeman & Serries koncertuje w belgijskim Charleroi. Biorą sobie na trzeciego perkusistę Teuna Verbruggena. Rejestrują koncert Live At Le Vecteur. Ukazuje się on na kasecie magnetofonowej (tf147, 2015). Trzy tytuły, dwa traki i niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Pierwszy/drugi. Pikantny free jazz na saksofon tenorowy i bystry zestaw perkusyjny. Serries wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie i uspokaja emocje chłopaków nobliwym i precyzyjnym ambientem. Baa, nawet ich ucisza! Wracają ukorzeni i pięknie wklejają się w gitarowe pasaże o bardzo repetytywnym charakterze. Saksofon po chwili zaczyna stawiać ostre stemple i atrakcyjnie dynamizuje sytuację na scenie. Perkusista nie zamierza pozostawać w tle i także dokłada do ognia. Pętle gitarzysty zaczynają zataczać coraz szersze kręgi. Wybrzmienie jest perfekcyjnie zwinne! Trzeci. Drobne, elektroakustyczne macanki całej trójki, tylko, że gitara ma tu rozmiary słonia. Zostaje sama i drży złowieszczo. Drummer wchodzi na bezczelnego i radzi sobie celująco. Nieco onieśmielony saksofonista też ma konkretny plan na przetrwanie w rodzącej się eskalacji (urocza ekspozycja! – krzyczy recenzent wbity w podłogę). Konstruktywny, progresywny, ustrukturyzowany hałas godny prawdziwych mistrzów! Finalizacja płyty realizuje się na tle dobrego drummingu, zaś ostatni dźwięk jest udziałem Dikemana.

Let’s rock and go dark!

Na początku był Yodok. A dokładnie duet norwesko-szwedzki w składzie: tubista Kristoffer Lo i perkusista Tomas Järmyr. Na przełomie lat zerowych i pierwszych tego stulecia poczynili oni kilka wydawnictw płytowych w estetyce dalece multigatunkowej, z odpowiednią wszakże dawką improwizacji. Po pewnym czasie do muzyków dołączył Dirk Serries, co stało się elementem konstytuującym powstanie formacji Yodok III.

Historia tego wątku w twórczości belgijskiego gitarzysty miała swój edytorski początek dokładnie pięć lat temu. Kończyły się właśnie letnie wakacje, gdy w norweskim Athletic Sound Studio w Halden, trzej w/w muzycy spotkali się, by zarejestrować swój pierwszy album. Ukazał się on w winylowej edycji A New Wave of Jazz, bez tytułu, czyli jako Yodok III (tf138, 2014). Zawiera dwie rozbudowane ekspozycje dźwiękowe, trwające 47 minut.

Nim nasze uszy zatopią się w niebywałej muzyce Yodok III, odrobina komentarza w zakresie instrumentarium, wykorzystywanego przez muzyków. Trzy absolutnie żywe instrumenty: gitara elektryczna, tuba (zamiennie lub razem z flugabone – specyficznym dęciakiem, będącym czymś pomiędzy tubą, a trąbką) i perkusja. Muzycy w procesie generowania dźwięków korzystają z licznych amplifikacji, natomiast nie używają jakiejkolwiek elektroniki.

Dźwięki, jakie docierają do nas w trakcie każdej płyty Yodok III, zaczynają się w plastycznej ciszy, z której niezwykle powoli wyłaniają się barwy, struktury i trwające pasaże foniczne. Na ogół, efekty działań gitarzysty oraz tubisty docierają do nas środkowym pasmem, tworząc spójny, nierzadko zupełnie nierozłączny wielodźwięk. Wokół niego pracuje drummer z pełnym zestawem perkusyjnym. Jego gra często podlega eskalacji, ma rockowy posmak i wrzuca do yodokowego tygla prawdziwie emocjonalny ferment. Bardzo często wchodzi do gry nawet po kilkunastu minutach i wkleja się w kosmiczny dron, wygenerowany wcześniej przez partnerów. Muzyka płynie wolno, bardzo szerokim korytem, z nieodwracalną mocy. Stałym elementem dramaturgicznym jest tu repetycja, ciągłe powracanie do fraz zagranych już wcześniej. Plama na plamie, dźwięk na dźwięku. Muzyka, która rozkwita z minuty na minutę, w bardzo nieśpiesznym tempie. Stanowi swoisty fenomen brzmieniowy żywych, amplifikowanych dźwięków i tajemniczych efektów. Ilustracyjna, post-rockowa perkusja nadaje je odpowiedni drive i niezbywalną moc. Ta opowieść foniczna trwa, a paradoks muzyki angielskiego AMM, choć w dalece odmiennej stylistyce, ma tu niespodziewanie rację bytu. Improwizacja odbywa się poprzez zmieniającą się barwę brzmienia i modulowanie natężenia dźwięku.

Tu, w trakcie debiutanckiego nagrania, drummer na dobre wchodzi do gry dopiero w 15 minucie i wtłacza się energicznie w background Serriesa i Lo, prawdziwie ambientowy, post-elektroniczny, post-rockowy. Ta niebywała plama dźwiękowa, od czasu do czasu, pokazuje nowy kolor, nową barwę, a cała zatopiona jest w mutującym się pogłosie. Jeśli skupiony słuchacz zanurzy głowę w niezaprzeczalnej urodzie tej muzyki (trans! mantra!), to straci już wszelkie szanse, a także ochotę, na jakąkolwiek drogę powrotną.

Każda kolejna pieśń Yodok III jest jakby wchodzeniem ciągle do tej samej rzeki, ale wszyscy świetnie wiemy, że żadna rzeka nigdy nie jest taka sama. Baa, jest zupełnie inna niż chwilę temu, inna, niż rzeki w okolicy. Ta prosta, piękna muzyka pełna jest paradoksów. Nie stroni od melodii i harmonii, kipi rockowymi emocjami i ma niebywałą, oniryczną i plastyczną głębię. Moc oczyszczającej psychodelii i niejednoznaczności. Każde powtórzenie w procesie żmudnej narracji jest jakby napoczynaniem innej historii. Tu, w trakcie drugiego fragmentu, drummer dla odmiany jest z nami od pierwszej sekundy. Gra marsza, podczas gdy gitara i tuba, tudzież flugabone, płynną wytrawnymi pasażami, delikatnie, ale systematycznie eskalując się. Ta muzyka w każdej swej edycji zawiera długą introdukcję, istotne rozwinięcie, które ma dramaturgiczny szczyt i wielominutowe wybrzmiewanie, aż do stanu całkowitej ciszy. Repetytywny minimalizm Yodok III ma niezwykle bogatą fakturę, niczym Wielka Orkiestra Londyńskich Improwizatorów w trakcie koncertu jubileuszowego.

Gdy sięgniemy po kolejne studyjne nagranie Yodok III (podwójny winyl The Sky Flashes The Great Sea Yearns; tf144, 2015) ***), zarejestrowane w Anderlechcie, w czerwcu 2014 roku, natrafimy dla bliźniaczą muzykę, ale delikatnie rozwarstwioną w czasie. Dziewięćdziesiąt minut, cztery strony winyla, daje ciekawą, dodatkową porcję czasoprzestrzeni, która sprawia, iż muzyka jest jakby bardziej monumentalna i delikatnie spowolniona (orkiestracja godna Mahlera, chciałoby się rzec). Długa płyta, z długimi introdukcjami, pełna brzmieniowych i aranżacyjnych niuansów. Tu drummer, na pierwszej stronie, wchodzi po 11 minucie, gdy partnerzy są już soczyście upaleni i brną w nieskończoność dźwiękowej tekstury. Armia nuworyszy współczesnej elektroniki nie byłaby w stanie stworzyć tak onirycznej ściany dźwięków, jak czynią to Serries i Lo. Narracja na stronie pierwszej, na finał galopuje już wprost z piekła do nieba! Na stronie drugiej spotkamy przykład absolutnie zwartej i jednowymiarowej struktury muzyki, granej przez gitarzystę i tubistę – prawdziwie symfoniczny dron. Cześć trzecia dostarcza moc subtelnych, mgławych i niejednoznacznych ekspozycji perkusyjnych. To Järmyr jest tu prowodyrem i kreatorem. Muzyka jest pozornie senna, potrafi przywoływać w pamięci nawet This Mortal Coil sprzed 35 lat, choć podszytą niepokojem godnym każdego odcinka Twin Peaks! Elektroakustyczny szelest drummera tworzy bazę, na której budowany jest improwizowany ambient gitary i tuby. To kolejny przykład na to, że muzyka Yodok III zaczyna się repetytywną melodią, a kończy egzystencjalnym krzykiem. Czwarta strona ponownie zaczyna się w rękach perkusisty. Barwna, wielowymiarowa opowieść, którą bierze w swoje ręce gitarzysta i niczym król Midas czyni nieśmiertelną. Im więcej razy słuchasz tej muzyki, tym więcej odnajdujesz różnic i zaskakujących odmienności. Jeśli masz dużo czasu, by zakochać się w niej, jeśli lubisz poznawać nowe dźwięki step by step, to jest płyta właśnie dla Ciebie!

Uzupełnieniem dyskografii Yodok III, w ramach serii Nowej Fali Jazzu, są dwie kasety, zawierające muzykę koncertową. Pierwsza z nich zarejestrowana została w Norwegii (październik 2013) i jest dostępna pod tytułem Live At Dokkhuset, Trondheim (tf148, 2015; dwa traki, 60 min). Druga zaś powstała w Belgii (czerwiec 2014) i nosi tytuł Live At De Singer Rijkevorsel (tf149, 2015; dwa traki, 63 min). Gdybym miał opisać jej zawartość, nie angażując na dłużej Czytelnika, zaproponowałbym opcję kopiuj wklej opisu nagrań studyjnych. Wejdź do tej rzeki, a poznasz prawdę! ****).

W ramach uzupełnienia opowieści o Yodok III, winniśmy – na sam już koniec tej opowieści – pochylić się nad dwoma wydawnictwami formacji The Void Of Expansion, które dopełniają czternaście pozycji katalogi serii. To duet Dirka Serriesa i Kristoffera Lo, czyli dwie-trzecie Yodok III. Zarejestrowane i wydane zostały do tej pory dwa spotkania, które miały miejsce dzień po dniu, w lutym 2014 roku. Najpierw muzycy koncertowali, potem zaś odbyli przemiłe spotkanie w studiu.

Efekt foniczny tej drugiej okoliczności dostępny jest na winylu Ashes and Blues (tf139, 2014; trzy fragmenty, 40 min). Gitara Serriesa gra tu pełniejszym soundem i nieco ostrzej niż ma to miejsce na płytach Yodok III. Także inaczej zachowuje się perkusista, który jest w grze od pierwszej sekundy rejestracji. Struktura samej muzyki jest bardzo podobna, ale zdarzenia akustyczne następują tu jakby szybciej. Narracja jest gęsta, dotkliwa, pełna brudu i zgiełku na gryfie gitary. Jakby Yodok III podniesiony do drugiej, a chwilami nawet trzeciej potęgi. Od ciszy do wrzasku, od muskania strun i membran po ogniste eskalacje. Gitara wciąż w estetyce trwającego dark-ambient. Rockowa psychodelia, to z kolei dobry kierunek myślenia dla zagubionego recenzenta. Trzy kilkunastominutowe perełki improwizacji, podobne do siebie, jak krople wody, ale niebywałej urody, pełne repetycji i ciągłych powrotów. Utrwalanie, niezapominanie, wieczność.

Koncert Live At De Singer Rijkevorsel z 2014 roku (kaseta, tf150, 2015; trzy tytuły, 53 min) przynosi trochę niespodziewanie, bardziej spokojną muzykę. Więcej tu nostalgii, zadumy i wyczekiwania na ruchy współpartnera. Nie brakuje skromnych ekscesów sonorystycznych perkusisty. Klimatycznie, transowo, bez przecinków i znaków zapytania. Emocje ubrane w improwizacyjne czarne płaszcze do samej ziemi.

Wszystkie wydawnictwa A New Wave Of Jazz ukazują się w limitowanych nakładach: CD – 300 sztuk, winyl – 240 sztuk, kaseta zaś 120 sztuk. Wszystkie są one dostępne do odsłuchu i zakupu na stronie bandcamp.

*) Kodian Trio – już po opisywanym tu krążku – wydał także Live At Paradox (cd-r) i Volt/ Pletterij (kaseta). Obie pozycji są dostępne w katalogu Raw Tonk Records.

**) Dokładnie w tym samym miesiącu, tenże sam kwartet zarejestrował nagranie dostępne na cd-r Live At Cafe Oto (Raw Tonk Records).

***) Oba wydawnictwa winylowe Yodok III mają, jako jedyne w katalogu serii, status out of print. Szczęśliwie są one obecnie dostępne na CD w ramach reedycji. Box zawiera trzy dyski. Wydał Tonefloat Records, ale już poza serią (tf178, 2016).

****) Najnowsze nagrania Yodok III ukazały się już poza serią NWOJ. Koncert z roku 2015, możemy poznać biorąc do ręki CD Legion of Radiance – Live At Dokkhuset (Consouling Sounds, 2016). Ubiegłoroczny zaś koncert grupy posłuchać możemy na CD/LP The Mountain Of Void – Live At Roadburn 2016 (Tonefloat Records, 2016). Z pewnością przyjdzie czas, by także nad nimi recenzencko się pochylić.” Spontaneous Music Tribune – Poland