EPITAPH reviewed

“Known more recently as an improvisational jazz guitarist, Dirk Serries built an extensive catalogue of ambient recordings between 1984 and 2007. Recording under the name vidnaObmana (Serbian for optical illusion), Serries produced more than 50 releases. The list includes some two dozen solo efforts and collaborations with Klinik, PBK, Steve Roach and others.

The inexhaustible Belgian, who celebrates his 50thbirthday this year, has returned to his drone roots. Epitaph is a 91-minute colossus of a recording, featuring 10 improvised ambient pieces.

Epitaph is the swansong of music I like to name my vintage ambient,” writes Serries in the album’s notes. “For more than 30 years I’ve been trying to seek perfection, from synthesizers to electric guitars, a bumpy ride for sure with lots of doubts, frustrations, extreme self-criticism and a few highs and lows but the call kept on strong. This is what I breathe, this is the heart of who I am.”

The material is warm and comforting. This is not guitar ambient music in the traditional sense. Serries pulls extraordinary sounds out of his instrument, with the help of only a few effects.

This is better understood as a drone recording, delivered by a major talent capable of transporting his listeners with pieces like “spectral gray walls,” “shining form constellation” and “formations of grace.”

“[This is] my finest collection of ambient pieces to date. One, as all were, quite personal and attached as they are performed in solitude with only the imaginative mirror to hold in front of me. Melancholic impressions improvised on the spot,” he writes.

Serries is in the prime of a wide-ranging career, one that independent artists can look to for inspiration. Since he was a teenager, the man has produced music he loves in a variety of genres. Besides his work as vidnaObmana, he’s performed with My Bloody Valentine and Low. He’s worked with Cult of Luna and Godflesh’s Justin Broadrick. And he continues to run a respected label called A New Wave of Jazz.

Epitaph may be prematurely titled. Just the same though, it is a handsome reminder of Serries’ success in the ambient genre.” Baddpress – Canada

“Dirk Serries! Epitaph … for sustained pieces? Never forget!

Spectral grey walls … Pogodny, choć niezwykle zimny, stonowany, jakby lekko podrasowany klimat starego 4AD, sprzed ponad 30 lat. Płynący nieprzerwanie od początku świata, aż do jego końca, błyskotliwy i nierozerwalny konglomerat dronów. Up & down, z prawej na lewą, z lewej na prawą. Nie sposób precyzyjnie rozpoznać komponenty dźwiękowe tej chmury transcendentalnej fonii, choć domyślamy się, iż tworzy je stado wypłoszonych pasaży gitarowych, przefiltrowanych przez niemniej liczną watahę przetworników i amplifikatorów. Całość wulgarnie wpada w czeluść komputerowej meta rzeczywistości i zostaje śmiertelnie zdekonstruowana. A odbiorcy pozostaje już tylko tryskać potokami endorfin. Narracja jest stosunkowo jednorodna, dalece repetytywna i długotrwała (sustained!). Atrybuty jej urody trudne są do zwerbalizowania w jakimkolwiek języku świata. This is beauty that lasts! Moc gitarowych ekspozycji wspomaganych elektroniką, nieprzeładowaną bajtami. Hipnotyczna doskonałość, przytłaczająca doniosłość chwili, która zdaje się nie mieć końca. Pod koniec pierwszego fragmentu, w kleszczach wyższych dronów, pojawia się ten jeden ważny i dotkliwy – basowy. Nowy płomień w kompulsywnej strukturze.

Shining form constellation… Ambient nie jedno ma imię. Dron zdaje się tu być podobny do poprzedniego, ale jakby bardziej zadumany, jeszcze głębiej zanurzony w elektronice. Rivers falls, river flows. Ciemna, odrobinę groźna refleksja muzyczna.

Alternation and return… Faktura kolejnej ekspozycji wydaje się być gęstsza, bardziej siarczysta. Ma delikatny posmak industrialny, taki na pół milimetra. Muzyka jest dzięki temu wnikliwie niepokojąca, jakby zwiastowała wyłącznie złe wieści. Intensywność przekazu przybiera na sile, wręcz skwierczy. Wszystko ma molową barwę i nabrzmiewa. Choć sam flow narracji ciągle nie nadaje się do straszenia dzieci na wioskach, tych daleko oddalonych od cywilizacji. To specyficzny chill out – dla uszu zmaltretowanych nocą ekstremalnych koncertów black metal.  Z ciszy do ciszy, jak każda historia tego wyjątkowego Epitafium.

Eaves in dusk…Ciągle słyszymy jakby tę samą pieśń, ale też nieustannie rozpoznajemy nowe obszary jej histerycznej splendid isolation. Ta czwarta ma nieco prostszą fakturę. Płynie i narasta, płynie i opada. Jakby elektronika zawłaszczyła trochę więcej gitarowej przestrzeni niż poprzednio.

The profusion of daze… Jeszcze spokojniejsza opowieść. Upalone rusałki skaczą po półboskim nieboskłonie. Przypalają dobre jointy i mają wyłącznie dobre intencje. Slow motion, but clearly beautiful. Gitara zawieszona w przestrzeni, elektronika ustala reguły gry.

Torrential aether shadows… Z każdą minutą nagrania, coraz bardziej zanurzamy się w meta otchłań syntetycznych dźwięków. Muzyczne perpetum mobile. Elektronika zdaje się wyciągać więcej, niż gitara dostarcza na wejściu. Płaskie, stosunkowo czyste drony, silnie rozwarstwione, płyną do nas pasmem najszerszym z możliwych. Wyższy dron smakuje gitarą, ten najniższy ogniem piekielnym. Wielkie suwnice mocy dostarczają nam coraz więcej nieczystych dźwięków, czyli tych najpiękniejszych. Wielosekundowe wybrzmiewanie.

Formations of grace… Krok w dół. Wynurzamy się z ciemnego oceanu, ciągle jednak poszukujemy niskich częstotliwości. Szorstkie, dotkliwe fonicznie drony, o niezwykle intensywnej fakturze, grubej teksturze, śliskiej skórze. Przestrzeń wokół nas zdaje się rosnąć. Sporo groźnych, choć dość odległych pasm, siejących niepokój. Zaczynaliśmy ten spektakl od skojarzeń z 4AD, teraz jednak jesteśmy już na przedmieściach Twin Peaks. Więcej niż 12 minut.

The nebulous chords… Słychać meta echo gitary, rodzaj filharmonicznej niemal … harmonii. Dźwięki gitary rozmywają się szkliście, tworząc kołujące stado dronów, poruszające się w całkowitej swobodzie twórczej. Niskie pasma na chwilę nas zostawiły, zdecydowanie płyniemy nad powierzchnią wody, zachwycając cię blaskiem umierającego słońca.

Brittle air elegy… Dron kontynuujący stosunkowo niedrapieżną ekspozycję. Choć po chwili pojawia się drobna horda niższych częstotliwości. Spokojny marsz epitafijny. Koniec, który niczego nie kończy. The end is the begining! Beauty as….

And all the murmur fell… Strumień narracji trzyma się swego relaksacyjnego charakteru, choć nie stroni od zaczepiania o niskie, głodne komponenty. Oczyszczająca łaźnia muzycznego wniebowstąpienia. Definitly, it’s a time for new Epitaph, Mr.Serries!

Dirk Serries Epitaph (2CD, 2LP, Consouling Sounds, 2018). 10 utworów, około 90 minut muzyki. Nagrania dokonane w domowym studio muzyka, w trakcie roku 2017.” Spontaneous Music Tribune – Poland

Advertisements