dikeman / lisle/ serries / webster

Jazzword Reviews

QUARTET & QUINTET – DOUBLE VORTEX (2xCD, New Wave Of Jazz 2017)

“Without a tinge of nostalgia, this two-CD set of saxophone-heavy improvisations still brings up memories of the 1960s heyday of the New Thing when extended and exploratory free-for-all sessions were the norm. With the possible exception of Belgian guitarist Dirk Serries, who is far more nuanced player than any six-stringer of those times, the blasting wind power from the reeds could fit in with Albert Ayler and Charles Tyler’s Judson Hall date or Willem Breuker’s, Evan Parker’s and Peter Brötzmann’s playing on the Machine Gun LP.

Recorded live at London’s Vortex Jazz Club, each CD is an extended self-contained improvisation, whose main difference is the second-disc addition of a third voice – veteran British alto and baritone saxophonist Alan Wilkinson – to the core band of Serries, UK drummer Andrew Lisle and fellow Brit, alto and baritone saxophonist Colin Webster, who constitute the Kodian trio, plus American tenor saxophonist John Dikeman. Collectively the musicians have worked in various ensembles with bassists Simon H. Fell, William Parker and John Edwards; drummers Paul Hession, Steve Noble and Hamid Drake among many others, making them ready for anything.

Serries whose other affiliations include Rock and noise bands, sets the tone with a, slashing, knob-twisting introduction on CD1 and maintains an intermittent affiliated buzzing, that mixed with Lisle’s backbeat drumming provide the landscape upon which Dikeman’s and Webster’s timbral extensions are given free range. Glossolalia, freak notes, growls and grunts are some of the intense vibrations regularly propelled by the saxophonists. Off-centre baritone sax snorts coupled with guitar-string vibrations slow the tempo slightly mid-way through, leaving space for an archeological-style examination of his horn’s limits by Dikeman. Transcending a related trope from Webster’s alto saxophone, Lisle’s gong resonation and Serries’ echoing strums presage the improvisation’s final sequences which meld the exploratory and the grounded. Triggered reed blasts and squeezed altissimo noises become less pressurized as harsh guitar flanges signal the ending.

Ten minutes longer and with Wilkinson added CD2 begins with massed triples saxophone kinetics and works itself into a crescendo of interlocked reed screams and pointed guitar crunches. Layered but mercurial the stacked horn vibrations soon separate into individual showcases. Unaccompanied, Dikeman launches screeching tenor tongues tone repetitions into orbit; on baritone Webster snorts out sly variations on the non-existence theme; while Wilkinson’s flutter-tongued exposition moves from tension-ridden to tender. However, drum rolls and pops prevent the multi-directional reed vamps from destroying any semblance of linear movement, although it takes a downshifting of the guitar lines from slashing flanges to reflective tones to further moderate the performance. Like bratty children skirting a parental time-out, another crescendo is reached when the saxophonist contrapuntally challenge the rhythm section with more extended, layered and often tandem expositions, deconstructing and reconstructing the narrative and encompassing flattement, mouthpiece-removed wah-wahs and gooey-thick basso lows. Eventually Serries’ crunching runs triumph over reed distortions to unite the group into a moderated ending.

Quicksilver timbral excitement for the 21st Century these two improvisations demonstrate that NewThing echoes can remains modern and distinct. Done right, a hearty buzz of unbridled elation still bubbles from this sound stimulation.” Ken Waxman/Jazzword – Canada

Advertisements

QUARTET & QUINTET reviewed

“Ondertussen zal iedereen die een beetje actief luistert naar de zijkanten van de hedendaagse Belgische muziek al hebben gehoord van Dirk Serries. Actief sinds het begin van de jaren 1980 met vooral ambientprojecten en sinds een paar jaar de koerswijziging richting all things jazz gaan we ervan uit dat zijn naam, en zijn muzikale geschiedenis, ondertussen in grote lijnen gemeengoed is geworden. Niet dat Serries het altijd zo makkelijk maakt, door de grote waaier aan projecten met bijbehorende naam die hij hanteert. Zoals deze dubbelcd, Quartet & Quintet. Uiteraard verwijst de bandnaam naar de samenstelling voor de beide sessies.

Cd 1 bevat Session 1 en wordt muzikaal vorm gegeven door een kwartet. Dat bestaat uiteraard uit Dirk Serries (elektrische gitaar), John Dikeman (tenorsaxofoon), Andrew Lisle (drums) en Colin Webster (altsaxofoon en baritonsaxofoon). Cd 2 bevat Session 2 waarop het kwartet wordt aangevuld met Alan Wilkinson (altsaxofoon en baritonsaxofoon). De bezetting verraadt al een beetje dat het hier geen ambient betreft, evenmin als softe of gemakkelijk toegankelijke jazz.

Ieder van de deelnemers heeft al naam gemaakt in de luidruchtige (freak- of free-)jazzy scène en elk bewijst dat daar grondige redenen voor zijn aan te voeren. Het verbaast evenmin dat het vooral de blazers zijn die het laken naar zich toe trekken. De drums van Lisles zijn soms uitdrukkelijk aanwezig, maar hebben hier en daar weingig in te brengen. Opboksen tegen een duo of trio blazers die zich willen laten gelden, is dan ook geen evidentie.

De gitaar van Serries moet het nog meer ontgelden. We horen slechts sporadisch de gitaar op de voorgrond treden. Als we ze echter horen, klinkt ze helemaal anders dan we van Serries gewend zijn. Geen drones of gemanipuleerd geluid, maar pure hakkende aanslagen op de snaren. En dat past wonderwel tussen het geweld van de overige deelnemers.

Beide cd’s bevatten slechts 1 nummer, telkens neigend naar de drie kwartier, waarbij het kwartet zich net iets meer inhoudt dan het overweldigende geluid van het kwintet. Alsof de drie tenoren (Dikeman, Webster en Wilkinson) hun ego niet willen laten aftroeven en dus voluit aan het toeteren slaan.

Beide sessies werden live gespeeld en opgenomen in de Vortex Jazz Club in Londen op 8 februari 2017, een jaar geleden dus. De kwaliteit van de opnames en de intensiteit waarmee wordt gemusiceerd, al dan niet allemaal tezamen of in duo’s, trio’s en kwartetten de strijd met elkaar aangaand, laat toe om met de ogen toe in te beelden dat je zelf op de eerste rij stond bij deze twee opeenvolgende concerten. Voor vrije geesten weliswaar, waneer soms alles op de rand van een kakafonie klinkt. Een leuke dan wel, en geen carnavalshoempapa.” Luminious Dash – Belgium

Jazzarium reviews

GRAHAM DUNNING & DIRK SERRIES – Live In The Lowlands (CDr, Raw Tonk Records)

“Dwa kolejne dni marca, ponownie dwa koncerty na jednym dysku (jeden z Belgii, drugi z Holandii). Na blisko 50 minut oddajemy nasze uszy we władanie duetu: Graham Dunning (turntable, dubplates, spring reverbs, objects) & Dirk Serries (gitara).

Live at De Singer. Sample, szczypta field recordingu (?), trzaski na kablach i nieistniejących winylach, w konfrontacji z chilloutową gitarą elektryczną na dużym pogłosie. Narracja elektroniczna nieco rwana, chaotyczna, nielinearna, w opozycji do gitarowych, trwających pasaży. W 8 minucie Serries wycofuje się na jeszcze głębszy plan i generuje niepokojące flażolety, ledwie muska struny, trochę je pociera. Zwinnie eskaluje się w ciszy poprzez błyskotliwe, oniryczne drony. Elektronika aż milknie na moment z wrażenia. Choć już w 17 minucie zdaje się recenzentowi nazbyt inwazyjna, delikatnie kalecząc dotychczasowy nastrój koncertu. Reakcja gitarzysty jest natychmiastowa – intensyfikuje narrację, choć ciągle atakuje z dalekiego planu. Ponieważ na kablach skwierczy już naprawdę silnie, finał pierwszego spotkania upływa nam na czymś w rodzaju eskalacji, w tej dość wszak nietypowej aurze instrumentalnej.

Live at De Ruimte. Na początku drugiego epizodu – tym razem coś na kształt sonorystyki kabli i strun gitary – kluje się piękna historia. Dirk preparuje za progiem gryfu, a po stronie Grahama jakby więcej inwencji i kreacji. W 6 minucie witamy się z ciszą. Aż strach głośniej westchnąć na widowni. Bodaj najbardziej spokojny fragment w całym katalogu Raw Tonk. 12 minuta – rzadka na tym dysku próba wyraźnej interakcji pomiędzy gitarą, a komputerem. Skutkiem tego, odrobina dramaturgicznego zamętu. Gitara buduje nowy dron, który swą urodą tłamsi ambiwalencje recenzenta. W okolicy 20 minuty muzycy grają już głośniej. Podskórny nerw pcha tę narrację na szczebel wyższej oceny. Na finał rodzaj wybrzmienia, które bardzo służy temu scenicznego wydarzeniu: ciche medytacje, artystyczny sarkazm mikronarracji, która buduje entuzjazm recenzenta.”

DIKEMAN/LISLE/SERRIES/WEBSTER – Live At Cafe OTO (CDr, Raw Tonk Records)

“Jesteśmy na koncercie kwartetu (kwiecień, 2015), który dobrze znamy z innych opowieści na tych łamach. Dwa saksofony (John Dikeman na tenorze i Colin Webster na barytonie) na przeciwległych flankach, gitara elektryczna (Dirk Serries) i perkusja (Andrew Lisle) atakujące centralnie. Jeden trak, sam konkret – 32 minuty.

Od pierwszej sekundy, dynamiczny free jazz, kreowany przez ostrokanciaste saksofony, rockową perkusję i tłustą gitarę, na gryfie której mają miejsce niezwykle energetyczne zjawiska. Już w 5 minucie dopada nas pierwsze studzenie emocji – drony dęciaków, metaliczny background gitary. Industrialny taniec onirycznych wielodźwięków, które prowokują się wzajemnie do eskalacji (doskonałe!). Dynamiczne wstanie z kolan ma miejsce już w 11 minucie. Kolejne kilka minut i ponowny przystanek, podczas którego hałaśliwa gitara krzyczy, zdziera gardło i rozrywa struny. Saksofon z prawej wyje w wysokim rejestrze, a my poddawani jesteśmy bez chwili wytchnienia emocjonalnemu down and up. Następny bieg pod górę odbywa się w estetyce brotzmannowskiej – konwulsyjne wrzaski z gorejących tub! Jedna z nich zwinnie zapętla się na dronie gitary. Ta ostatnia stoi jednym dźwiękiem, gdy wokół trwa galopada w najlepsze. Muzycy po stanie wrzenia lubią się szybko tłumić, nie pędzą na złamanie karku, ciągle szukają ciekawszych rozwiązań. Finalny orgazm odbywa się przy dźwiękach samotnego saksofonu! Perfekcyjne!”

KODIAN TRIO – Live At Paradox + VOLT/PLETTERIJ (CDr + tape, Raw Tonk Records)

“Trzy holenderskie koncerty tria, jakie miały miejsce między marcem, a majem ubiegłego roku. Akurat te, które ukazały się wcześniej, są tymi późniejszymi, ale to bez znaczenia. Colin Webster (tu, saksofon altowy), Dirk Serries (gitara elektryczna) i Andrew Lisle (perkusja) – konstatacja tych bystrzejszych: Kodian Trio, to kwartet z poprzedniego akapitu, uszczuplony o jedną rurę!

Paradox (37 min.): pretekstem do improwizacji jest tu jazzowe frazowanie gitary i dość wyważonego altu. Tonacja molowa, stukot drummera. Intryga narracyjna buduje się wokół fikuśnych, modulowanych pętli na gryfie gitary i rosnącego dramatyzmu sytuacyjnego perkusji. Alt przyczajony, czeka na żerowisku. Galop zaczynamy w 6 min., a zdobi go świetny dialog saksofonu i gitary! Pod koniec pierwszego kwadransa muzycy schodzą piętro niżej. Piękne pasaże smyka na gryfie, prawdziwe violoncello na kwasie! Alt, przy wtórze orkiestry talerzy, wchodzi na drugiego. Kluje się z tego incydentu prawdziwe ptaszysko o niepoliczalnych walorach estetycznych. Drży, grzmoci i wymiata! Czego, by muzycy nie wymyślili, efekt przerasta ich oczekiwania. Okolice 27 minuty – znów pląsy na gitarze i altowe intrygi na dyszach rozgrzewają długopis recenzenta. Brak zahamowań gatunkowych, jakże służy tej improwizacji. Finałową ścieżkę koncertu tyczy kolejny wartościowy dialog Colina i Dirka, budowany na zwinnej i cierpliwej ekspozycji Andrew.

Volt (36 min.): dynamiczny start szorstko brzmiących instrumentów, zwłaszcza altu. Wyostrzone krawędzie, jedynie słuszne decyzje dramaturgiczne. Drummer idealnie wkleja się w te improwizowane puzzle. W okolicach 13 minuty, Serries zaczyna rozrabiać – pętli się na strunach, moduluje dźwięk, ma tysiące pomysłów na sekundę, stawia też znaki zapytania. Webster jedzie na bezdechu już chyba drugą godzinę. Lisle słusznie zaś czyni, pozostawiając partnerom sporo miejsca. 18 minuta obwieszcza zejście do piwnicy. Narracja staje w miejscu, plamy dźwiękowe wiją się wokół siebie, tańczą złowieszczo (bajka!). Koncert talerzy, cuda na gryfie gitary (Serries każdego sprowadzi na manowce, tu jakże urocze!). Młodzi Anglicy niechybnie czekają na to, co zrobi sporo starszy Belg. Finalna erupcja! Trudno o lepszy, bardziej perfekcyjny komentarz.

Pletterij (29 min.): start bliźniaczy do wyżej omówionego koncertu, ale to nie dziwi, gdyż na osi czasu jesteśmy zaledwie 48 godzin… wcześniej! Może jedynie wejście dynamicznej perkusji następuje nieco wcześniej. W okolicach 4 minuty, intrygujące, wypasione solo gitarowe w oldschoolowych klimatach. Agresywnie, zawadiacko, z ostrogami! Alt także potrafi pohałasować! 10 minuta wyznacza radykalny stop narracyjny. Gitara kompletnie zmienia swój tryb pracy. Gra blue-ambient, cokolwiek to znaczy w ustach recenzenta. Systematycznie plami przestrzeń smugami dymu z papierosów. Alt, bez krzty wątpliwości, chce być partnerem w tej nieśpiesznej rozmowie. Jesteśmy u wezgłowia ciszy i jest nam niewymownie dobrze. Cóż ten Webster nie wyprawa na dyszach?! Cudaniebywałe! Narracja stoi, a Lisle śpi. Serries prostym środkami wzbudza eksplozję wyobraźni u saksofonisty. Ornamenty na talerzach wybudzonego drummera nie mogą tu być lepszym komentarzem. Niespodziewanie zostaje sam na scenie i bez trudu czyni wartość dodaną w tym niezwyczajnym spektaklu ciszy i niepokoju. Powrót gitary jest odrobinę wulgarny akustycznie, ale broni się porcją innowacyjności. Alt pętli się , czyli definitywnie wracamy do świata żywych (19 min.). Wysokogatunkowy galop nie jest zaskoczeniem. Noise where ever you want! 24 minuta i Serries znów bierze na siebie odpowiedzialność za punkt zwrotny. Webster wchodzi w tę pyskówkę i kreśli myśl przewodnią. Kolejny szczyt ze spermą na nieboskłonie! Opus magnum Kodiana, jak do tej pory.” Jazzarium – Poland

Freejazz Blog reviews

“Belgian guitarist Dirk Serries, British sax player Colin Webster and drummer Andrew Lisle and American, Amsterdam-based sax player John Dikeman insist on defining their free-improv art on their own terms, often even on their own independent labels. Uncompromising and intense free-improvisation, but often also a minimalist one that borrows ideas from drone, ambient textures.

Kodian Trio – II (Trost, 2017) ***½

Kodian Trio features alto sax player Webster and Andrew Lisle and guitarist Serries. The trio’s first concert was at London’s Café Oto two years ago, followed by a studio recording, I (A New Wave of Jazz, 2016) and two live recordings, Live at Paradox and Volt/Pletterij (on Webster’s label, Raw Tonk, 2016, 2017). II, the second studio recording, was captured in late 2016 in Brussels. II , more than the trio previous releases, defines Kodian Trio as an outfit that operates in the lines of a classic free jazz unit, opting for an intense, uncompromising interplay, with some degrees of playfulness. Webster, Lisle and Serries form tough and dense dynamics, never lose their restless momentum.
The longer pieces on II such “11:03” stress the unique and deep interplay that Kodian Trio have established. This piece dances with a hard-driving polyrhythmic pulse, scorches with a noisy, heavily distorted guitar drone, and boils with hyperactive sax shouts and shrieks — all interweave organically. “07:59” is the sparsest piece here, but even with only fractured ideas, Kodian Trio offer a detailed and coherent texture. “10:02” sketches an enigmatic, fragile story, enhanced by Webster’s extended breathing techniques and caressing blows, Serries’ subtle, ambient guitar loops and Lisle’s ringing cymbals.

Quartet & Quintet – Double Vortex (A New Wave of Jazz, 2107) ****

The Quartet is the Kodian Trio augmented by tenor sax player Dikeman, while the Quintet adds to the Quartet personnel British alto and baritone sax player Alan Wilkinson. The Quartet has previously released two live albums, Live at Café Oto (Raw Tonk, 2015), which documented the Quartet’s first ever performances, and the double live album, Apparitions (A New Wave of Jazz, 2016), which captured another performance of the Quartet from 2015. The live double album Double Vortex captures the Quartet and the Quintet performing on the same night in London’s Vortex club on April 2017, one of the loudest and most powerful concerts ever that took place at this club, according to Vortex owner Olivier Weindling
The Quartet opens the night and quickly settles in a volatile, uncompromising mode that threatens to pierce the stratosphere with its deafening mayhem. Webster – on alto and baritone saxes – and Dikeman – on tenor sax – keep dueling in the front with their urgent, mad shouts and shrieks, Serries injects noisy-metallic, fractured guitar lisle and Lisle is busy all over the drum set. In such a wild and ecstatic interplay there is no time to modify or refine the mode of playing, just act, and act fast and loud. Even when the Quartet slides – temporarily – into a more quiet and contemplative interplay before reaching the inevitable, explosive coda of this 37-minutes set.
The addition of Wilkinson ups the volume and temperature of the already hot and steamy Vortex club, but surprisingly also charges this powerful 45-minutes improvisation with a sense of order and direction. The interplay is still muscular and super-intense, but Wilkinson, takes the lead with his big, fierce sound – on both the alto and baritone saxes – similar to another sax-titan, Peter Brötzmann. Wilkinson has a far greater experience in such fiery meetings and he knows how to contain the sheer energy. The aggressive front-line of the three sax players – Dikeman still on the tenor sax while Webster focuses on the baritone sax – is often dissected to sax solos and duets, and these sax solos are more articulate and some are quite melodic and even fragile; Lisle rides on a massive pulse and colors cleverly the quiet segments and Serries envelopes this twisted yet playful interplay with industrial noises and suggestive drones.

René Aquarius / John Dikeman / Dirk Serries – Day Realms (Tombed Visions, 2017) ***½

The trio of Dutch drummer René Aquarius, known from the Dead Neanderthals, Serries and Dikeman, who plays here on the tenor sax, has released last year the cassette Night Realms on Tombed Visions. The 42-minutes free-improvised Day Realms, recorded on March 2015 in Gent, Belgium, also released as a cassette plus download option, cements the fiery interplay of the trio.
Throughout Day Realms Serries defines the surprisingly emotional essence of this improvisation and again and again he refuses to surrender to the wild assaults of Dikeman and Aquarius. Serries introduces this piece with soft ripples of his singing electric guitar, answered by the gentle sax of Dikeman and reserved yet pounding drumming of Aquarius. When Dikeman and Aquarius form massive, tough waves that threaten to drown his singing lines, Serries shifts their explosive interplay into a tense, distorted drone, still pierced by the brutal wails of Dikeman and bombastic drumming of Aquarius. When Dikeman and Aquarius burst again with an urgent, rhythmic attack, Serries charges the intense interplay with a subtle, quiet drone, patiently disarm the intensity and colors it with bright nuances. Eventually, Aquarius with an impressive cymbals work and Dikeman with rare, restrained blows, join Serries melodic, sustained loops, all deepening the emotional vein.

Martina Verhoeven & Dirk Serries – Innocent As Virgin Wood (A New Wave of Jazz, 2017) ***

Innocent As Virgin Wood is an exception in this series of releases. The title refers to the purity of wood in sound, feeling and performance. And innocent and virgin it is since here, for the first time on record, Serries exercises his techniques on the acoustic guitar while his partner, Martina Verhoeven – known as a photographer – plays the Steinway grand piano. Serries and Verhoeven have recorded together before with the Dead Neanderthals as the Fantoom quartet (Sluimer, A New Wave of Jazz, 2015), as part of a free-improvised quintet (Live at Zaal 100, Nachtstück Records, 2016) and as a duo, (Citadelic, Nachtstück Records, 2016). On These releases Serries played the electric guitar and Verhoeven played the double bass.
This studio recording from April 2017 suggests a different mode of interplay. An experimental yet highly attentive and intimate improvisation, based on abstract, even microscopic sonic cues that attempt to sketch a new vocabularies for both Serries and Verhoeven . The five-parts free-associative piece does not converge into a cohesive narrative but suggests a loose, minimalist series of hesitant, fragmented ideas, fleeting impressions, subtle clusters of gentle sounds and brief, silent segments. Serries and Verhoeven sound as asking questions about the nature of this challenging and daring improvisation rather than providing any conclusive answers regarding to where this new journey will lead them.” Freejazz Blog

QUARTET & QUINTET reviewed

“Up till now I knew Serries work only under the monikers of Vidna Obmana and Fear Fall Burning. But there was also a noisy free improviser hidden in him, who one day said: and know it is my turn. And so Serries changed ambient for noisy free improvisation. A remarkable shift! He formed a quartet with high-energy blower John Dikeman, an American tenor sax player who works and lives in Europe since several
years now (Blast, Spinifex, etc.) and also with Andrew Lisle on drums and Colin Webster alto and baritone sax. They made their first appearance in 2015 at Café Oto. This set was released as their debut album. In 2016 followed by a double-LP – ‘Apparitions’ – for New Wave of Jazz. Now the label returns with an impressive double CD.  The first CD covers a live session of the quartet.  The second CD has a live session of the quartet with Alan Wilkinson (alto and baritone sax) as a guest. Both sessions were recorded on February 8th this year at the Vortex Jazz Club in London. Wooah, wish I was there that evening! Starting is above all the American free jazz tradition, more than the European tradition of free improvised music. Their improvisations are of a constant intensity that is not often met. Be it in the modest parts or in the most extravert and powerful sections, the music is always intense and of a concentrated energy level. The interplay is very focused and committed, very tight and together. Serries succeeds well to make his contributions and to co-direct the course of this continuous slide of noise and energy. Of course it is not just a cacophony of noise; far from it. This is totally sparkling music that is difficult to resist if you feel connected with it. This is an absolutely convincing statement and an
extraordinary work by a very dedicated crew.” Vital Weekly – The Netherlands

NWOJ’s new releases receive praise !

BADD PRESS reviews :

“Two extraordinary new releases landed on Friday from A New Wave of Jazz, both featuring the great guitarist Dirk Serries. One’s a studio recording; the other a double live album.

Innocent as Virgin Wood features Martina Verhoeven and Serries, collaborating as a duo in a studio setting for the first time. Verhoeven performs on a Steinway grand piano and Serries on acoustic guitar. The interplay between the two sounds nothing like a debut. They play off one another skilfully.

It’s a work in five parts, all improvised. The music is spacious and fitful. You can imagine the two watching one another for cues throughout the 36-plus-minute recording. Pause, followed by a small frenzy of activity, followed by another pause. It’s a compelling effect.

Serries told me the title “refers to the purity of wood in sound, feeling and performance.”

For a frenetic taste of European free jazz at its best, check out Double Vortex. Recorded live at London’s famous Vortex Jazz Club this past Feb. 8, the double disc features both a quartet and quintet set.

Serries launches us into the quartet recording with a jarring electric guitar solo. He’s joined by three long-time mates: John Dikeman on tenor saxophone, Andrew Lisle on drums and Colin Webster on alto and baritone saxophone.

As if the four don’t make enough of a racket, lan Wilkinson joins the quartet – also on alto and baritone saxophone – for the truly jarring five-piece set. The two sax players battle it out like street fighters. This is full-contact jazz.

Reportedly, Vortex Club owner Olivier Weindling said the two sets comprised the “loudest and most powerful” shows his venue had ever presented. No doubt that’s true.” Badd Press – UK

OPDUVEL reviews :

MARTINA VERHOEVEN & DIRK SERRIES – Innocent As Virgin Wood (CD)
“Naast de dubbel-cd Double Vortex van Quartet en Quintet, verschijnt vrijdag 1 september a.s. nog een release op het A New Wave Of Jazz-label van Dirk Serries. Op die release, getiteld Innocent as Virgin Wood, is Serries te horen samen met zijn echtgenote Martina Verhoeven. Het is niet de eerste keer dat zij samenwerken, maar deze uitgave is wel een hele speciale.

Verhoeven was aanvankelijk verantwoordelijk voor het artwork van verschillende platen van Serries, maar zij heeft zich ook als contrabassiste ontplooid en is te horen op de eerder op A New Wave Of Jazz verschenen lp’s Sluimer van Fantoom (met naast Verhoeven en Serries ook Otto Kokke en René Aquarius van Dead Neanderthals) en Cinepalace van het Serries Verhoeven Webster Trio. Autodidact Verhoeven ontpopte zich op die platen als een wat onorthodoxe maar fijne contrabassiste. Dat gold helemaal voor de eerder dit jaar verschenen digitale uitgave Citadelic, een weerbarstige vrije improvisatieplaat waarop Verhoeven en Serries als duo zijn te horen.

De weg die gitarist Serries heeft afgelegd van zorgvuldig geconstrueerde ambient naar vrije improvisatie, mag inmiddels bekend worden verondersteld, evenals de niet bij te houden output van Serries op cd, lp of tape. Of digitaal. Het gitaarspel van de Belg lijkt met iedere vrije impro-uitgave vrijmoediger en inventiever te worden, waardoor zijn spel steeds weet te verrassen.

Verrassen doen Verhoeven en Serries zeker op Innocent as Virgin Wood, want daarop zijn de Belgen helemaal niet op hun vertrouwde instrumenten te horen. Serries speelt op dit album geen elektrische maar akoestische gitaar en Verhoeven speelt piano. Door het afwijkende instrumentarium ontstaat vanzelf een andere wijze van samenspelen, maar dat is niet het enige verschil met de andere releases waarop het echtpaar is te horen.

Verhoeven en Serries kiezen namelijk voor een volledig andere muzikale aanpak. Een minimale aanpak, waarin de muziek niet af lijkt en door de luisteraar het nodige zelf moet worden ingevuld. Alsof een verhaal wordt verteld waarin steeds expres belangrijke details worden weggelaten, waardoor veel aan de verbeelding wordt overgelaten. Muzikaal vertaalt zich dat in het spelen van frases waarin steeds een aanzet tot een muzikaal pad wordt gegeven, maar niet meer dan dat.

Het meest opvallend is dat te horen in het pianospel van Verhoeven, die akkoorden en korte notenreeksen speelt, waarbij de resonantie van het instrument ook een rol speelt. Serries stelt daar stekelig, a-ritmisch spel tegenover, evenals dissonante akkoorden. Aldus ontstaat een oneffen muzikaal parcours dat intrigeert door de spanning die voelbaar is. Die spanning heerst tussen de piano en de gitaar, maar ook omdat stilte een onderdeel uitmaakt van de muziek die Serries en Verhoeven maken.

Door die stilte en de kalme manier waarop de vijf delen van Innocent as Virgin Wood zich voortbewegen, komen namen van componisten als Morton Feldman en Christian Wolff bovendrijven. De muziek van Verhoeven en Serries is echter volledig geïmproviseerd en met name het gitaarspel van Serries klinkt te vrij om gecomponeerd te kunnen zijn. De muziek blijft daardoor steeds iets onvoorspelbaars houden, wat bijdraagt aan de enerverende luisterervaring.

Martina Verhoeven en Dirk Serries voldoen niet aan het verwachtingspatroon op Innocent as Virgin Wood, tenminste wat de muzikale richting betreft. Wat betreft de kwaliteit van de muziek, zoals we die al jaren kennen van Serries, wordt volledig aan de hooggespannen verwachtingen voldaan. Er is al veel moois verschenen op A New Wave Of Jazz, maar dit is een van de meest bijzondere, spannende en intrigerende releases van het label.”

QUARTET & QUINTET – Double Vortex (2xCD)
“Vrijdag 1 september a.s. verschijnen twee nieuwe releases op het A New Wave Of Jazz-label van Dirk Serries. Dat label opereerde tot nu toe onder de vlag van Tonefloat, maar daar is verandering in gekomen. Wat ook veranderd is, is dat de twee nieuwe uitgaven niet op vinyl maar op cd verschijnen. Dat zal een financiële reden hebben, maar zeker de plaat die nu besproken wordt past door de lengte van de stukken beter op cd dan op vinyl. Voor Double Vortex zijn zelfs twee schijfjes nodig.

Het gaat hier om twee sessies die plaatsvonden in de Vortex Jazz Club in Londen op 8 februari 2017. Het kwartet bestaat uit John Dikeman (saxofoon), Andrew Lisle (drums), Dirk Serries (elektrische gitaar) en Colin Webster (saxofoon). Het kwintet betreft dezelfde muzikanten aangevuld met saxofonist Alan Wilkinson. Lisle, Serries en Webster vormen samen het Kodian Trio, waarvan eerder een plaat (I) op A New Wave Of Jazz verscheen. Datzelfde geldt voor het kwartet met Dikeman (Apparitions).

Wilkinson, van oorsprong uit Manchester, maakt al geïmproviseerde muziek sinds eind jaren zeventig en is vooral in de Engelse jazzscene een veel geziene gast. Hij heeft vaak gespeeld met drummer Paul Hession en maakte deel uit van het Ubiquity Orchestra en van een trio met Steve Noble en Tony Moore. Later vormde hij met Hession en bassist Simon Fell een trio. De lijst met samenwerkingen met individuele muzikanten is bijkans eindeloos.

Wie bekend is met de improvisatoren die de beide schijfjes bevolken, weet dat zij niet terugdeinzen voor een kakofonie meer of minder en dat dit bijdraagt aan de opwindende ervaring die dit soort freejazz teweegbrengt. Op ‘Double Vortex’ wordt de naar een heerlijke pot jazzherrie verlangende luisteraar niet teleurgesteld, maar zowel het kwartet als het kwintet bieden veel meer dan alleen dat.

Serries en Lisle openen ‘Session One’ van het kwartet, maar het duurt niet lang voordat de beide saxen hun onderlinge gevecht aangaan, Dikeman op zijn vertrouwde tenorsax en Webster op baritonsax. De saxen klinken op de voorgrond, maar Serries en Lisle bieden opvallend duidelijk weerwerk. Serries speelt zijn a-ritmische en noisy spel en Lisle deelt ferme tikken uit. Het is een waar genot om naar te luisteren omdat in alle hectiek de muzikaliteit buiten kijf staat. De live-energie is uitstekend vastgelegd op cd en met de ogen dicht waan je je in de jazzclub, vooraan bij het podium.

Na zo’n zeven minuten wordt het lawaai voor het eerst getemperd, maar rustig is de muziek niet. Serries jengelt, Dikeman scheurt, Lisle gebruikt vooral zijn snare en Webster speelt zijn onorthodoxe spel. De muziek is constant in beweging, gaat soms langzaam maar vaak zonder vooraankondiging van de ene frase over in de volgende. De muzikanten voelen feilloos aan wanneer in te houden en wanneer uit te halen.

Onderweg worden duo’s en trio’s gevormd, maar het is vooral het vrije samenspel waarmee het kwartet imponeert. Webster wisselt na een kwartier van bariton- naar altsax en later weer terug, maar voor de intensiteit van zijn spel maakt dat geen verschil. Het lange ingehouden gedeelte vanaf minuut vijfentwintig is razend spannend. Het lijkt wel een spel waarbij degene af is die zich het eerst niet meer kan beheersen. Dikeman waagt de eerste voorzichtige poging om de anderen mee te krijgen, maar de weg naar de finale is een lange. Webster en Dikeman luiden uiteindelijk gezamenlijk de laatste luidruchtige fase in.

Op ‘Session Two’ doet Wilkinson mee en dat betekent drie saxofoons die door elkaar heen toeteren. De geluidserupties klinken nog forser, maar Serries en Lisle weten door het saxofoongeweld heen te breken. Wilkinson speelt altsax en baritonsax en Webster beperkt zich nu tot de baritonsax. Een inleiding is er nauwelijks en in het eerste gedeelte gaan de muzikanten er vol op. De saxofoons gieren, sputteren en scheuren, de drums zijn alomtegenwoordig en de gitaar laveert houterig, met horten en stoten daar tussendoor.

In de tweede sessie bestaat meer ruimte voor korte solopassages, maar ook nu worden duo’s en trio’s (en nu ook kwartetten) gevormd. Met dezelfde ingrediënten maar met de toevoeging van één saxofonist ontstaat een geheel ander stuk dan ‘Session One’, waarbij in de rumoerige gedeelten een opvallende rol is weggelegd voor de fabuleus drummende Lisle, die zonder een duidelijk ritme te spelen de zaak bij elkaar lijkt te houden. Serries’ vrije capriolen op elektrische gitaar lijken elke nieuwe release inventiever te worden.

Uiteraard zijn het de drie saxofonisten die het duidelijkst naar voren komen. Zowel Dikeman, Webster als Wilkinson overtuigen in hun solo’s, maar vooral in het gezamenlijke spel, waarin geen van hen een duimbreed lijkt toe te geven maar men elkaar nergens in de weg zit. Het is meer dan kriskras door elkaar musiceren; hier wordt de kunst van het luisteren gecombineerd met het maken van uitbundig lawaai. Zodra het volume in toom wordt gehouden, overtuigen de drie saxofonisten evenzeer door het creëren van spanning.

Deze dubbel-cd bevat louter vrij geïmproviseerde muziek waarin geen compromissen worden gesloten. Interactie tussen de muzikanten is er echter volop en het wekt bewondering hoe in de vaak regerende chaos toch alles klopt. De rauwe energie overrompelt, maar Quartet en Quintet klinken even bezield in de ingetogen passages. De muzikale toewijding en de spontaniteit maken dat Double Vortex een buitengewoon opwindende live-cd is.” Opduvel – The Netherlands

SPONTANEOUS MUSIC TRIBUNE focuses on the complete back catalog while highlighting the new releases :

“A New Wave Of Jazz Serries! Yes, indeed, this is Dirk Serries’ Series!

Jeśli określenie jazz ma dziś jakąkolwiek innowacyjną wartość na europejskiej scenie muzycznej, to trop wyjątkowo żmudnych poszukiwań winien kierować nas do Holandii i Belgii!

Tam bowiem, całkiem niedawno, powołana została do życia seria wydawnicza, której tytuł kusi i prowokuje – Nowa Fala Jazzu.

Za to niecne zdarzenie odpowiada holenderski label Tonefloat, który specjalizuje się w muzyce elektronicznej, drone & dark-ambient i wszelkich awangardowych koligacjach w/w stylistyk. Tamże zresztą od lat publikuje swoje nagrania w podobnej stylistyce, belgijski gitarzysta Dirk Serries. To drugi odpowiedzialny za Nową Falę. To on artystycznie zarządza sublabelem, który pragnie – ciągle prowokując – odświeżać pojęcie jazz. Koniecznie dodać należy, iż jest także podmiotem wykonawczym na każdym wydawnictwie serii.

Katalog A New Wave Of Jazz od jutra oficjalnie liczyć będzie 14 pozycji. Dziś skrzętnie wszystkie je omówimy. Zaczniemy od dwóch najnowszych wydawnictw (po raz pierwszy w historii serii – na płytach kompaktowych!). Potem omówimy kilka płyt, głównie winylowych, z muzyką improwizowaną, w której śmiało doszukać się można jazzowych inspiracji. Zakończymy zaś na omówieniu kilku… kaset magnetofonowych (także winyli!), zawierających muzykę improwizowaną bazującą na rockowej i dark-ambient estetyce, realizowaną przy użyciu wyłącznie żywego instrumentarium.

Nasza dzisiejsza opowieść będzie miała – jak to często na Trybunie bywa – zaburzoną chronologię. Innymi słowy – delektując się kolejnymi płytami z katalogu A New Wave Of Jazz, będziemy na ogół cofać się w czasie!

Quartet, Quintet & … Duo!                                                          

Jeśli ta akurat Fala Jazzu ma być istotnie nowa, jej przybliżenie winniśmy zacząć od pure jazzowej petardy. I tak będzie w istocie – baa, owa petarda będzie pure freejazzowa!

Jest początek lutego bieżącego roku, jesteśmy w Londynie. Jeśli chcemy posłuchać konkretnego free, adres może być tylko jeden – Vortex Club! Na scenie kwartet w składzie: John Dikeman – saksofon tenorowy, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna i Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Session One potrwa 36 minut z sekundami. Po krótkiej przerwie na scenę, na Session Two, wkroczy kwintet, który personalnie składać się będzie z kwartetu już zaprezentowanego i elementu uzupełniającego, w osobie Alana Wilkinsona, na saksofonie altowym i barytonowym. Ten epizod potrwa 45 minut z sekundami. Od jutra muzyka z obu setów dostępna będzie w sprzedaży jako Quartet & Quintet Double Vortex (2 CD; anwoj0013, 2017).

Session One.  Armaty na start! Saksofony salutują i ruszają do wysokiego lotu! Towarzyszą im gitarowe sprzężenia i stosunkowo subtelny drumming. Dęciaki nie czekają na zaproszenie, jadą ostro i bez wysiłku wchodzą w bardzo konkretną eskalację… Noise for ever! – krzyczy recenzent, mimo, iż dopiero, co zdążył zasiąść w wygodnym fotelu. Ta muzyka jest krwiście bolesna, ma gwałcić, tarmosić i nie dawać nawet chwili wytchnienia. Raczej nie należy dziś liczyć na brzmieniowe subtelności, których doświadczyć mogliśmy na wcześniejszych płytach tego kwartetu (patrz: dalsza część opowieści). Saksofony rządzą niepodzielnie, choć Serries nie zamierza być mniej dosadny, podobnie Lisle. Free jazzowa erupcja godna każdego skrawka niewielkiego Vortexu. Wybrzmienie pierwszego szczytu zostawia nas w towarzystwie barytonu i perkusji. Ten pierwszy delikatnie zawodzi i skowycze. Powrót Dikemana jest bystry i agresywny. Dirka, równie spektakularny i żywiołowy. Drummer zdaje się być nadmiernie rockowy i nieco ubogi w środki wyrazu, ale w tych okolicznościach nie stanowi to jakiegokolwiek problemu poznawczego. Ekspresyjnie nadąża bowiem za wyczynami kolegów. Serries frazuje nieco w poprzek narracji, rwie struny i nie ma najmniejszego zamiaru ograniczać się do kreowania dołów dla szalejących saksofonistów. To wprowadza intrygujący dysonans w gorejącym tyglu free eskalacji. Saksofony zwinnie reagują i wchodzą w obszar wzajemnych, konwulsyjnych imitacji. Pioruny od prawej do lewej! What a game! – krzyczy recenzent, ale i tak nikt go nie słyszy. Wyciszenie staje się zatem dziejową koniecznością – spore poluzowanie tempa, któremu towarzyszy rozbrajająco skuteczne call & response, zwłaszcza na linii Serries – Webster. Tuż potem, solowa erupcja tego drugiego, przy delikatnym wsparciu perkusji. Wytrawne! Ach ten Webster! – notuje upocony recenzent. Powrót do akcji Dikemana, niczym dobrze dobrana przyprawa. Kolejne wybrzmienie generuje duże pole do popisu dla Serriesa i jego przyczajonej gitary, która śmiało wykorzystuje proambientowe inklinacje. Prawdziwe cudo! Finałowa, pasażowa sekwencja stawia całą płytę o stopień wyżej na skali oceny. Saksofony ruszają na końcową eskalację. Muzycy kompetentni do bólu. Śmiercionośny duet! Cały kwartet jest już całkowicie wybudzony i w zwartym szeregu biegnie ku ostatniej ścieżce tego dysku.

Session Two. Aż trzy armaty na start! W tym dwa barytony! No i ostra gitara, która nie akceptuje drugiego planu. Rozgrzewający się drummer i cztery głowy jadowitego potwora w stanie erupcji. Idiom free jazzu wraca do swoich korzeni i puszcza je z dymem! Eksplozja! Machine Gun – pięćdziesiąt lat później! W okolicach 9 minuty Dikeman wypuszcza się solo. Powrót do kwintetu jest konwulsyjny i zieje ogniem. Serries tym razem posłusznie robi za bas, bo nie ma szans na przebitkę. 12 minuta – pierwsze próby wyhamowania. Dirk rytmizuje swój przekaz i narzuca ów punkt widzenia pozostałym muzykom. Wszyscy są wyjątkowo karni i podłączają się do narracji gitarzysty. Krzyczą, wrzeszczą, wierzgają nogami. Rodzaj silnie upalonego free bluesa, w okolicznościach ciężkiego poranka the day after. Po chwili Dikeman i Lisle zostają sami. Zaskakujące, ale jakże potrzebne katharsis. W tle szumy z gitary. Wejście obu barytonów – depresyjnie piękne! Perkusja drży. Kwintet, niczym ogromny walec drogowy, wdeptuje w ziemię wszelkie ambiwalencje gatunkowe. Soczysty baryton w solowej eskalacji podkreśla emocje na scenie (Alan?). Drugi baryton ma się równie wspaniale. Wyborne pętle Serriesa, lekko cuchnące zdrowym bluesem. Doskonały moment! – zdarte gardło recenzenta ledwie jęczy pod nosem. 27 minuta – gitarzysta ponownie narzuca swoje zdanie, rysując zgrabny rytm. Sytuacja na scenie wydaje się być uporządkowana. Powtórka duetu Dikeman – Lisle nieco przeczy tej tezie. Świetny komentarz barytonu! Dłuższe frazy dęciaków, jako kolejna próba konstruktywnego wyciszenia (jak na ten stan rzeczy). 33 minuta – Serries restartuje swoje ambientowe opowieści. Oniryczność sytuacji podkreślana jest gardłem przez jednego z muzyków. Saksofony znów kleją się do siebie – to najlepsze, co mogą teraz uczynić. Sonore, pojękiwania, palcówki na sucho. Ten stan pozornego wyciszenia nawet lekko … swinguje. Eskalacja saksofonów, to właściwa odpowiedź! Perkusista budzi się do życia. Gitarzysta także jakby gorętszy na gryfie. Urocza ucieczka na finałowy szczyt. Wybrzmienie jest nagłe i zaskakujące.

Po krótkiej, higienicznej przerwie na research uszu, wracamy do nowości Nowej Fali Jazzu wprost z Holandii i Belgii. Także jutro premierę będzie miała płyta Innocent As Virgin Wood (CD; anwoj0014, 2017). Tytuł zagadkowy, nieco kuszący. Podmiotem zaś wykonawczym … małżeństwo – Martina Verhoeven i Dirk Serries. Dziewictwo w tytule nie dotyczy jednak ich stanów miłosnych, a jedynie instrumentów, jakich użyli w trakcie nagrania. Martina po raz pierwszy publicznie zagrała na fortepianie, zaś Dirk na gitarze… akustycznej. Dzieło jednotrakowe (choć w pięciu częściach) potrwa 37 minut. Jesteśmy w Anderlechcie, Sunny Side Studios. Jest kwiecień bieżącego roku.

Akordy piana w pogłosie i pętle na suchym gryfie akustycznego wiosła. Minimalizm jako zasada, konstytucja artystyczna, zwłaszcza po stronie Martiny. Dirk jest nieco baileyowski w reakcjach, ale skrupulatnie zaangażowany, bez nonszalancji, która bywała udziałem jego wielkiego poprzednika. Muzycy brną w spokojnej narracji i tracą dziewictwo bez wychodzenia z łóżka. Cisza – niezwykle ważny aspekt dramaturgiczny tej opowieści. Lepiej mniej, niż więcej, zdają się mówić sobie prosto w oczy. Sporo wyczekiwania, wyczulenia na wzajemnie reakcje małżeńskie. Mnogość powtórzeń i powrotów do zdań raz już wypowiadanych. Czy minimalizm jest tu wyborem artystycznym, czy jedynie obawą przed nieznanym instrumentarium? – pyta skulony w sobie recenzent. Doszukiwać się wpływów Mortona Feldmana, czy po prostu słuchać? Recenzent chętnie zaprowadziłby muzyków na skraj przepaści i przekonał do skoku w nieznane. Narracja trochę w typie Flower, jak u Johna Stevensa i Trevora Wattsa, 45 lat temu. Specyficzne call & response. Martina inspiruje Dirka, Dirk repetuje i przetwarza. Próżno tu szukać zwrotów dramaturgicznych, czy emocji eskalacji. Pozostaje współczesna zaduma nad światem zastanym. Pod koniec tej niedługiej rejestracji muzycy zdają się być odrobinę bardziej rozmowni. Dotąd bowiem sprawiali wrażenie małżeństwa z długoletnim stażem, które nie jest się w stanie niczym siebie zaskakiwać. Teraz kilka udanych imitacji, wspólnych, trafnych decyzji. Gdy Dirk gra swoje i nie czeka na sugestie Martiny, robi się znacznie ciekawiej. Jest wyrazisty, pełnowymiarowy, a recenzent ma wreszcie na czym ucho zawiesić. Uznajmy wspólnie finał tej płyty za jego najlepszy fragment. Mimo ambiwalencji – akustyczna gra Serriesa budzi nadzieję na mnóstwo doskonałej muzyki w przyszłości. Next step? Maybe solo acoustic!

Free improvised, not out of jazz!

Przejdźmy do świata improwizujących winyli! Na początek Kodian Trio i ich debiutancki krążek *) o oczywistym tytule I  (tf168, 2016), zarejestrowany (wykonany) w Soundsdavers’ Studio (Londyn) w październiku 2015 roku. Personalnie przed nami: Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Pięć odcinków muzycznych, 47 minut.

Pierwszy. Od startu trafia się nam precyzyjna, jazzowa narracja. Stanowczy tembr barytonu, zwinna, błyskotliwa perkusja i gęste, gitarowe frazowanie, które z kocią zręcznością wkleja się w pasaże kreowane przez pozostałe instrumenty. Lisle nie stroni od sonorystycznych eskapad, Serries lubi się pętlić na gryfie (recenzentowi przypomina wręcz … Jamesa Blood Ulmera!), a Webster – w chwilach wyciszenia – świetnie odnajduje się w dźwiękach pozbawionych faktury melodycznej i rytmicznej. Pod koniec tej opowieści, gitarzysta sięga po smyczek (tak to przynajmniej brzmi). Drugi. Ostry, hałaśliwy odcinek. Rockowy, czupurny zgiełk. Emocje bez patosu. Trzeci. Gitara koi nerwy, choć saksofon ma zdanie odrębne. Ponownie improwizacja osadzona w jazzowym idiomie. Serries gra akordami (powykręcanymi, oczywiście). Webster jest szorstki w obyciu, a Lisle ponownie diabelnie błyskotliwy. Gdy numer ma się ku końcowi, świetny saksofon eskaluje się przy drobnej podcierce perkusji. Czwarty. Jakby ciąg dalszy – duo sax-drums w oczekiwaniu na krotochwilną, płynną gitarę. This is noise jazz! – pilnie notuje, ciągle czymś zaskakiwany recenzent. Gęsto, dynamicznie, bez przecinków. Kompatybilne trio! Szemrząca gitara w tle na finał fragmentu. Piąty. Serries i Webster suną powolnymi dronami, każdy dość separatywnie. Po kilku minutach, rezonującym talerzem, przypomina o sobie Lisle. Narracja snuje się po kątach i nie zadaje pytań egzystencjalnych. Muzycy mają się jednak ku końcowej eskalacji, co czynią błyskotliwie, bez zwyczajowej nostalgii i wybrzmiewania na ostatni dźwięk. Z kajetu recenzenta: dużo free jazzowych fraz, mniej ambientu, a Serries nie zawsze w roli głównej.

Jeśli do w/w wspomnianego tria dodamy drugi saksofon, który w dłoniach dzierżył będzie John Dikeman, otrzymamy kwartet, który odpowiedzialny jest za powstanie kolejnej płyty w katalogu serii. Myślę o podwójnym winylu Apparitions (tf166, 2016). Nagranie ponownie wykonano w studiu Soundsavers w Londynie, pół roku wcześniej, w kwietniu 2015 roku. Podmiot wykonawczy zwie się Dikeman/ Lisle/ Serries/ Webster Quartet **) i zupełnie nieprzypadkowo jego najnowsze nagranie otwiera dzisiejszą opowieść, paręnaście akapitów wyżej. Dodajmy, że Dikeman grać będzie na saksofonie tenorowym, zaś Webster na barytonowym (pozostała dwójka, jak wyżej). Cztery strony dwóch czarnych krążków, godzina zegarowa z okładem.

  1. A. Cicha narracja, spokojne pomruki dwóch czujnych dęciaków, talerze w stanie drżenia, gitara szukająca częstotliwości swojego wzmacniacza. Pocałunki w alkowie! Szmer goni szmer, a tajemnica tajemnicę. Delikatna psychodelia na drugim planie, ale rozbrajająco i uczciwie piękna. Saksofony dmą i nie szukają zwady. Narracja ekscytująco narasta. Hałas, jako pozytywny skutek wyjątkowo udanej eskalacji. B. Muzycy znów za punkt wyjścia obierają ciszę. Saksofony tym razem separatywnie – dron w opozycji do melodycznego zaśpiewu. Eskalacja narracji przychodzi szybciej. Psychodeliczny trans dopada nas już w piątej minucie tej strony. Agresywne saksofony, progresywny drumming, more than dark ambient w tle (recenzent w ekstazie!). Konwulsyjne free, który wybrzmiewa w okolicach 9 minuty. Rozpoczyna się panowanie gitarowych dronów, na tle których sam Serries plecie zwinną improwizację na strunach, lekko szarpiąc się z dźwiękiem. Saksofon tenorowy i perkusja mogą już tylko komentować z podziwem. Tu eskalacja jest trochę inna, bardziej soczysta, zdecydowanie pod dyktando Serriesa. Drugi saksofon powraca dopiero po 15 minucie. Emocje w zenicie! Baryton ocieka spermą! Nie on jeden zresztą! C. Solo perkusyjne. Tenor wchodzi hard-bopowo! Baryton na trzeciego. Łapiemy konwulsyjne free. Serries sprzęga się, a kable płoną. Free noise for ever! Dynamika, tempo, krwawe stemple – what ever you want! Heavy dark jazz! – recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. D. Mikrodzwonki na gryfie, miniflażolety. Solowy, oniryczny, prawdziwie łabędzi taniec gitarzysty. Saksofony wchodzą dużo później i kwilą na boku smutne historie. Jakby rodziło się nowe życie dla tej rejestracji (dodajmy – doskonałe!). Lisle wrzuca trzeci bieg, lewy saksofon buduje wspaniałe tło, prawy dyskutuje, a gitara zakręcona, jak pozytywka, brnie swoim najdoskonalszym tembrem. Zagęszczenie tej narracji smakuje geniuszem twórców. Wyjątkowa płyta! Multigatunkowa improwizacja z Serriesem w roli kluczowego czynnika inspirującego. Na finał znów zostaje sam i czyni cuda!

Nie mamy chwili na odpoczynek, albowiem przed nami kolejna perła w katalogu Nowej Fali Jazzu – trio Dirka Serriesa (gitara elektryczna), Martiny Verhoeven (kontrabas) i Colina Webstera (tym razem saksofon tenorowy). Czarny krążek zwie się Cinepalace (tf156, 2015), a zawiera nagranie koncertowe z … Cinépalace, Kortrijk (Belgia), z maja 2015 roku – jeden trak o długości 45 minut.

Introdukcja jest płynna, ale niezwykle spokojna. Kontrabas podaje dźwięki z samego dołu, przy użyciu smyczka. Saksofon intensywnie szumi, a gitara plumka strunami i lekko się sprzęga. Minimalizm wysokich lotów. Tendencje transowe widoczne gołym okiem! Serries ucieka w oniryzm godny wczesnego Sonic Youth i pieści kostką chłodne jeszcze struny. Rezonuje.Verhoeven silnie znaczy swą obecność i przypomina najlepszy sound Benjamina Duboca. W okolicach 10 minuty zaczyna się prawdziwy spektakl. Saksofon sonoryzuje na potęgę, gitara wierci dziurę w skale (doskonałe! – krzyczy recenzent). Muzycy zaplątani w pajęczynie pomysłów, trzech nieco separatywnych, a jednak niezwykle kompatybilnych narracji. Z akustycznego punktu widzenia – zjawiskowo! Po 18 minucie muzycy eskalują swoje poczynania na scenie. Konwencja minimalistyczna doskonałe służy Websterowi. Serries ma ją w genach, a Verhoeven na pewno na smyku! Hałas po 22 minucie dramaturgicznie uzasadniony. Kosmiczna synergia i niepoliczalne pokłady muzycznej empatii determinują muzykę tria. Po 27 minucie wybrzmienie… Martina znów rządzi, ma piękne, niemal barokowe, głębokie brzmienie. Zostaje prawie sama na scenie. Panowie ledwie akcentują swoją obecność. Od 32 minuty saksofon brnie sonorystycznie, kontrabas repetuje, a gitara onirycznie pętli się wokół siebie, jak tylko ona w rękach Dirka potrafi (a potem hałasuje na rockowy wręcz sposób). Komentarze Colina i Martiny zwalają z nóg recenzenta. Sugestia finalizacji koncertu tylko wzmaga zaangażowanie muzyków. Martina zrywa podłogę, a partnerzy potulnie kleją się do kontrabasowej kontrybucji. Jej solowe wykończenie doskonałego koncertu warte jest kilku wysokobudżetowych nobli z dowolnej dziedziny. Być może najlepsza płyta w katalogu!

Na osi czasu cofamy się o pół roku z okładem. Grudzień 2014 roku, jesteśmy w White Noise Studio (co za nazwa!), w holenderskim Winterswijk. Małżeństwo Verhoeven – Serries wciąż jest z nami. Dołącza para muzyków, wspólnie uprawiających mocne granie w formacji Dead Neanderthals (co za nazwa!) – René Aquarius na perkusji i Otto Kokke na saksofonach. Podmiot wykonawczy określają jako Fantoom, zaś 38 minutową, jednotrakową rejestrację, dystrybuowaną oczywiście na czarnym krążku, postanawiają nazwać Sluimer (tf155, 2015).

Od pierwszej sekundy tego niezwykłego spektaklu dźwiękowego kontrabas Martiny dokonuje cudów! Dźwięki dobywane smyczkiem wprost z piekielnych otchłani, brzmią mięsiście i barokowo. Są delikatnie zabrudzone, dzięki czemu smakują jeszcze lepiej. W ten ultra tembr kontrabasu wplata się dronowa, wielowymiarowa ekspozycja gitarowa, tuż za nią piskliwy saksofon w bardzo wysokim rejestrze i perkusja, która znaczy teren i wbija słupy graniczne. Talerze rezonują. Pachnie ponadgatunkowym majstersztykiem! Post-industrial, post-ambient, post-minimal acoustic drone! Recenzent mnoży skojarzenia, a głowa płonie mu z nadmiaru emocji (choć narracja wije się, jak upasiony wąż po kilku posiłkach). Martina nieustannie zdziera skórę ze strun. Wciąż gra nieodkrytą sonatę Bacha i krwawi obficie, choć ma zdecydowanie płodny dzień. Dirk w głębokiej rzece, po samą szyję, bez możliwości powrotu. Ta pozornie spokojna improwizacja systematycznie eskaluje się (z kajetu recenzenta: kolejna najlepsza płyta w katalogu, jeśli to semantycznie ma ręce i nogi). Rene od czasu do czasu sugeruje proste, rockowe rozwiązania perkusyjne, ale w tym niebywałym tyglu wrażeń, to doskonały dramaturgicznie zabieg! Kolejny być może dowód na to, że we współczesnej improwizacji multigatunkowe doświadczenia muzyków są niezbywalnym atutem i potrafią wykreować wartość dodaną.

W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!

Ufff….. w ramach studzenia emocji posłuchamy duetu, który jednak… wcale nie będzie ich pozbawiony. Baa! Znów się zagotujemy! W lipcu 2014 roku, w studio Sunny Side w Anderlechcie (Bruksela), spotkali się dwaj przyjaciele – John Dikeman na saksofonach i Dirk Serries na gitarze elektrycznej (plus efekty!). Ich 48 minutowa opowieść w czterech częściach zyskała tytuł Cult Exposure (tf143, 2015) i pomieściła się na dwóch stronach czarnego krążka.

Jeden. Saksofonista zaczyna bardzo jazzowo, niebanalnie i stosunkowo agresywnie. Pikantnie, altowo z silnym przydechem. Gitara, szeroką płaszczyzną dźwięku, podłącza się po około 150 sekundach. Drąży skałę, sprzęga się i brnie do przodu w dość majestatycznym tempie, w nieco rockowej estetyce. John robi swoje i skupia się na snuciu dobrej opowieści. Popada w rozliczne autoeskalacje, które nie trwają jednak długo. Dirk skwierczy, chętny jest do wycieczek w kierunku krwistej psychodelii. Lubi dronizować, nawarstwiać się sound by sound. Urocze! Drugi. Mikrodźwięki, spokojne, separatywne ekspozycje obu muzyków. Serries onirycznie mutuje dźwięki, zwinnie repetując. Saksofon – dość słodki i aluzyjny. Zagęszczenie narracji odbywa się poprzez intensyfikowanie zjawisk fonicznych. Gitara multiplikuje się, a saksofon dmie w coraz wyższych rejestrach. W zakresie tempa, ten drugi gra dwa razy więcej dźwięków w jednostce czasu niż ten pierwszy, ale jako duet idą zwartym, równym krokiem. Spowolnienie jest wyjątkowo trafione. Ambient uroczych popaprańców! Trzeci. Szczypta sonore na tle ledwie sugerowanego dark ambient, wprost z gryfu ognistej gitary. Improwizacja narasta niezwykle powoli. Ale już od 6 minuty panowanie muzyków nad emocjami słuchacza jest 100%-owe. Muzyka lepi się i dronizuje. Po 13 minucie saksofon, jak mucha, wpada w plastry miodu, które rozpływają się po strunach gitary. Ballada nadmiernie potępionych układa nas do snu, który nigdy nie nadejdzie. Wonderful! Czwarty. Powrót pierwszego tematu (przynajmniej jeśli chodzi o tytuł). Gitara rzeźbi na dużym pogłosie, ale bardzo strzeliście. Saksofon plecie pikantne historie o niewierności. Emocje finału tego nagrania mają intensywność wrzasku strącanych do lochu. Sprawiedliwość triumfuje, równie wyraziście, jak wyjątkowe są dźwięki Cult Exposure.

Trzy miesiące później, w październiku 2014 roku, duet Dikeman & Serries koncertuje w belgijskim Charleroi. Biorą sobie na trzeciego perkusistę Teuna Verbruggena. Rejestrują koncert Live At Le Vecteur. Ukazuje się on na kasecie magnetofonowej (tf147, 2015). Trzy tytuły, dwa traki i niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Pierwszy/drugi. Pikantny free jazz na saksofon tenorowy i bystry zestaw perkusyjny. Serries wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie i uspokaja emocje chłopaków nobliwym i precyzyjnym ambientem. Baa, nawet ich ucisza! Wracają ukorzeni i pięknie wklejają się w gitarowe pasaże o bardzo repetytywnym charakterze. Saksofon po chwili zaczyna stawiać ostre stemple i atrakcyjnie dynamizuje sytuację na scenie. Perkusista nie zamierza pozostawać w tle i także dokłada do ognia. Pętle gitarzysty zaczynają zataczać coraz szersze kręgi. Wybrzmienie jest perfekcyjnie zwinne! Trzeci. Drobne, elektroakustyczne macanki całej trójki, tylko, że gitara ma tu rozmiary słonia. Zostaje sama i drży złowieszczo. Drummer wchodzi na bezczelnego i radzi sobie celująco. Nieco onieśmielony saksofonista też ma konkretny plan na przetrwanie w rodzącej się eskalacji (urocza ekspozycja! – krzyczy recenzent wbity w podłogę). Konstruktywny, progresywny, ustrukturyzowany hałas godny prawdziwych mistrzów! Finalizacja płyty realizuje się na tle dobrego drummingu, zaś ostatni dźwięk jest udziałem Dikemana.

Let’s rock and go dark!

Na początku był Yodok. A dokładnie duet norwesko-szwedzki w składzie: tubista Kristoffer Lo i perkusista Tomas Järmyr. Na przełomie lat zerowych i pierwszych tego stulecia poczynili oni kilka wydawnictw płytowych w estetyce dalece multigatunkowej, z odpowiednią wszakże dawką improwizacji. Po pewnym czasie do muzyków dołączył Dirk Serries, co stało się elementem konstytuującym powstanie formacji Yodok III.

Historia tego wątku w twórczości belgijskiego gitarzysty miała swój edytorski początek dokładnie pięć lat temu. Kończyły się właśnie letnie wakacje, gdy w norweskim Athletic Sound Studio w Halden, trzej w/w muzycy spotkali się, by zarejestrować swój pierwszy album. Ukazał się on w winylowej edycji A New Wave of Jazz, bez tytułu, czyli jako Yodok III (tf138, 2014). Zawiera dwie rozbudowane ekspozycje dźwiękowe, trwające 47 minut.

Nim nasze uszy zatopią się w niebywałej muzyce Yodok III, odrobina komentarza w zakresie instrumentarium, wykorzystywanego przez muzyków. Trzy absolutnie żywe instrumenty: gitara elektryczna, tuba (zamiennie lub razem z flugabone – specyficznym dęciakiem, będącym czymś pomiędzy tubą, a trąbką) i perkusja. Muzycy w procesie generowania dźwięków korzystają z licznych amplifikacji, natomiast nie używają jakiejkolwiek elektroniki.

Dźwięki, jakie docierają do nas w trakcie każdej płyty Yodok III, zaczynają się w plastycznej ciszy, z której niezwykle powoli wyłaniają się barwy, struktury i trwające pasaże foniczne. Na ogół, efekty działań gitarzysty oraz tubisty docierają do nas środkowym pasmem, tworząc spójny, nierzadko zupełnie nierozłączny wielodźwięk. Wokół niego pracuje drummer z pełnym zestawem perkusyjnym. Jego gra często podlega eskalacji, ma rockowy posmak i wrzuca do yodokowego tygla prawdziwie emocjonalny ferment. Bardzo często wchodzi do gry nawet po kilkunastu minutach i wkleja się w kosmiczny dron, wygenerowany wcześniej przez partnerów. Muzyka płynie wolno, bardzo szerokim korytem, z nieodwracalną mocy. Stałym elementem dramaturgicznym jest tu repetycja, ciągłe powracanie do fraz zagranych już wcześniej. Plama na plamie, dźwięk na dźwięku. Muzyka, która rozkwita z minuty na minutę, w bardzo nieśpiesznym tempie. Stanowi swoisty fenomen brzmieniowy żywych, amplifikowanych dźwięków i tajemniczych efektów. Ilustracyjna, post-rockowa perkusja nadaje je odpowiedni drive i niezbywalną moc. Ta opowieść foniczna trwa, a paradoks muzyki angielskiego AMM, choć w dalece odmiennej stylistyce, ma tu niespodziewanie rację bytu. Improwizacja odbywa się poprzez zmieniającą się barwę brzmienia i modulowanie natężenia dźwięku.

Tu, w trakcie debiutanckiego nagrania, drummer na dobre wchodzi do gry dopiero w 15 minucie i wtłacza się energicznie w background Serriesa i Lo, prawdziwie ambientowy, post-elektroniczny, post-rockowy. Ta niebywała plama dźwiękowa, od czasu do czasu, pokazuje nowy kolor, nową barwę, a cała zatopiona jest w mutującym się pogłosie. Jeśli skupiony słuchacz zanurzy głowę w niezaprzeczalnej urodzie tej muzyki (trans! mantra!), to straci już wszelkie szanse, a także ochotę, na jakąkolwiek drogę powrotną.

Każda kolejna pieśń Yodok III jest jakby wchodzeniem ciągle do tej samej rzeki, ale wszyscy świetnie wiemy, że żadna rzeka nigdy nie jest taka sama. Baa, jest zupełnie inna niż chwilę temu, inna, niż rzeki w okolicy. Ta prosta, piękna muzyka pełna jest paradoksów. Nie stroni od melodii i harmonii, kipi rockowymi emocjami i ma niebywałą, oniryczną i plastyczną głębię. Moc oczyszczającej psychodelii i niejednoznaczności. Każde powtórzenie w procesie żmudnej narracji jest jakby napoczynaniem innej historii. Tu, w trakcie drugiego fragmentu, drummer dla odmiany jest z nami od pierwszej sekundy. Gra marsza, podczas gdy gitara i tuba, tudzież flugabone, płynną wytrawnymi pasażami, delikatnie, ale systematycznie eskalując się. Ta muzyka w każdej swej edycji zawiera długą introdukcję, istotne rozwinięcie, które ma dramaturgiczny szczyt i wielominutowe wybrzmiewanie, aż do stanu całkowitej ciszy. Repetytywny minimalizm Yodok III ma niezwykle bogatą fakturę, niczym Wielka Orkiestra Londyńskich Improwizatorów w trakcie koncertu jubileuszowego.

Gdy sięgniemy po kolejne studyjne nagranie Yodok III (podwójny winyl The Sky Flashes The Great Sea Yearns; tf144, 2015) ***), zarejestrowane w Anderlechcie, w czerwcu 2014 roku, natrafimy dla bliźniaczą muzykę, ale delikatnie rozwarstwioną w czasie. Dziewięćdziesiąt minut, cztery strony winyla, daje ciekawą, dodatkową porcję czasoprzestrzeni, która sprawia, iż muzyka jest jakby bardziej monumentalna i delikatnie spowolniona (orkiestracja godna Mahlera, chciałoby się rzec). Długa płyta, z długimi introdukcjami, pełna brzmieniowych i aranżacyjnych niuansów. Tu drummer, na pierwszej stronie, wchodzi po 11 minucie, gdy partnerzy są już soczyście upaleni i brną w nieskończoność dźwiękowej tekstury. Armia nuworyszy współczesnej elektroniki nie byłaby w stanie stworzyć tak onirycznej ściany dźwięków, jak czynią to Serries i Lo. Narracja na stronie pierwszej, na finał galopuje już wprost z piekła do nieba! Na stronie drugiej spotkamy przykład absolutnie zwartej i jednowymiarowej struktury muzyki, granej przez gitarzystę i tubistę – prawdziwie symfoniczny dron. Cześć trzecia dostarcza moc subtelnych, mgławych i niejednoznacznych ekspozycji perkusyjnych. To Järmyr jest tu prowodyrem i kreatorem. Muzyka jest pozornie senna, potrafi przywoływać w pamięci nawet This Mortal Coil sprzed 35 lat, choć podszytą niepokojem godnym każdego odcinka Twin Peaks! Elektroakustyczny szelest drummera tworzy bazę, na której budowany jest improwizowany ambient gitary i tuby. To kolejny przykład na to, że muzyka Yodok III zaczyna się repetytywną melodią, a kończy egzystencjalnym krzykiem. Czwarta strona ponownie zaczyna się w rękach perkusisty. Barwna, wielowymiarowa opowieść, którą bierze w swoje ręce gitarzysta i niczym król Midas czyni nieśmiertelną. Im więcej razy słuchasz tej muzyki, tym więcej odnajdujesz różnic i zaskakujących odmienności. Jeśli masz dużo czasu, by zakochać się w niej, jeśli lubisz poznawać nowe dźwięki step by step, to jest płyta właśnie dla Ciebie!

Uzupełnieniem dyskografii Yodok III, w ramach serii Nowej Fali Jazzu, są dwie kasety, zawierające muzykę koncertową. Pierwsza z nich zarejestrowana została w Norwegii (październik 2013) i jest dostępna pod tytułem Live At Dokkhuset, Trondheim (tf148, 2015; dwa traki, 60 min). Druga zaś powstała w Belgii (czerwiec 2014) i nosi tytuł Live At De Singer Rijkevorsel (tf149, 2015; dwa traki, 63 min). Gdybym miał opisać jej zawartość, nie angażując na dłużej Czytelnika, zaproponowałbym opcję kopiuj wklej opisu nagrań studyjnych. Wejdź do tej rzeki, a poznasz prawdę! ****).

W ramach uzupełnienia opowieści o Yodok III, winniśmy – na sam już koniec tej opowieści – pochylić się nad dwoma wydawnictwami formacji The Void Of Expansion, które dopełniają czternaście pozycji katalogi serii. To duet Dirka Serriesa i Kristoffera Lo, czyli dwie-trzecie Yodok III. Zarejestrowane i wydane zostały do tej pory dwa spotkania, które miały miejsce dzień po dniu, w lutym 2014 roku. Najpierw muzycy koncertowali, potem zaś odbyli przemiłe spotkanie w studiu.

Efekt foniczny tej drugiej okoliczności dostępny jest na winylu Ashes and Blues (tf139, 2014; trzy fragmenty, 40 min). Gitara Serriesa gra tu pełniejszym soundem i nieco ostrzej niż ma to miejsce na płytach Yodok III. Także inaczej zachowuje się perkusista, który jest w grze od pierwszej sekundy rejestracji. Struktura samej muzyki jest bardzo podobna, ale zdarzenia akustyczne następują tu jakby szybciej. Narracja jest gęsta, dotkliwa, pełna brudu i zgiełku na gryfie gitary. Jakby Yodok III podniesiony do drugiej, a chwilami nawet trzeciej potęgi. Od ciszy do wrzasku, od muskania strun i membran po ogniste eskalacje. Gitara wciąż w estetyce trwającego dark-ambient. Rockowa psychodelia, to z kolei dobry kierunek myślenia dla zagubionego recenzenta. Trzy kilkunastominutowe perełki improwizacji, podobne do siebie, jak krople wody, ale niebywałej urody, pełne repetycji i ciągłych powrotów. Utrwalanie, niezapominanie, wieczność.

Koncert Live At De Singer Rijkevorsel z 2014 roku (kaseta, tf150, 2015; trzy tytuły, 53 min) przynosi trochę niespodziewanie, bardziej spokojną muzykę. Więcej tu nostalgii, zadumy i wyczekiwania na ruchy współpartnera. Nie brakuje skromnych ekscesów sonorystycznych perkusisty. Klimatycznie, transowo, bez przecinków i znaków zapytania. Emocje ubrane w improwizacyjne czarne płaszcze do samej ziemi.

Wszystkie wydawnictwa A New Wave Of Jazz ukazują się w limitowanych nakładach: CD – 300 sztuk, winyl – 240 sztuk, kaseta zaś 120 sztuk. Wszystkie są one dostępne do odsłuchu i zakupu na stronie bandcamp.

*) Kodian Trio – już po opisywanym tu krążku – wydał także Live At Paradox (cd-r) i Volt/ Pletterij (kaseta). Obie pozycji są dostępne w katalogu Raw Tonk Records.

**) Dokładnie w tym samym miesiącu, tenże sam kwartet zarejestrował nagranie dostępne na cd-r Live At Cafe Oto (Raw Tonk Records).

***) Oba wydawnictwa winylowe Yodok III mają, jako jedyne w katalogu serii, status out of print. Szczęśliwie są one obecnie dostępne na CD w ramach reedycji. Box zawiera trzy dyski. Wydał Tonefloat Records, ale już poza serią (tf178, 2016).

****) Najnowsze nagrania Yodok III ukazały się już poza serią NWOJ. Koncert z roku 2015, możemy poznać biorąc do ręki CD Legion of Radiance – Live At Dokkhuset (Consouling Sounds, 2016). Ubiegłoroczny zaś koncert grupy posłuchać możemy na CD/LP The Mountain Of Void – Live At Roadburn 2016 (Tonefloat Records, 2016). Z pewnością przyjdzie czas, by także nad nimi recenzencko się pochylić.” Spontaneous Music Tribune – Poland

 

A New Wave Of Jazz

We proudly announce the re-launching our little A New Wave Of Jazz label.  It became logistically and budget-wise very difficult to continue the vinyl series so that after long debate we found a fine alternative to not only re-instate the artistic vision but also to guarantee our visual identity.  With the graceful help of designer Rutger Zuydervelt, who transformed the original visual concept into something really beautiful for the future to come, and critic Guy Peters, who masterfully writes the liner notes, we continue with releases on compact disc.  These are the two first ones & available for pre-order now through our bandcamp.

“Dirk Serries’ New Wave Of Jazz imprint kick-starts its new run of CD releases this month with a couple of real humdingers. Double Vortex is a blustery live summit capturing the provocative proclivities of John Dikeman (tenor sax), Colin Webster (alto and baritone sax), Serries (electric guitar) and Andrew Lisle (drums), plus guest saxophonist Alan Wilkinson, during an incendiary roustabout recorded at the Vortex Jazz Club on 8 February 2017. Serries ghosts up on Virgin As Innocent Wood, a more subdued set that sees him unpack his acoustic for a probing team-up with pianist Martina Verhoeven. The pair eke out an intriguing suite of minimalist musings, as influenced by Morton Feldman’s ornamental clusters as they are by the magisterial self-restraint of artists domiciled on the Another Timbre roster.” Jazzwise – UK

NWOJ0013_cover_square_2500px

NWOJ0014_cover_square_2500px

 

THE QUARTET live at VORTEX

dsc04763

This heavy-hitting quartet comprises four long-term sparring partners on the European improvised music scene. The quartet first played together in 2015 at Café Oto, and this set was released as their debut album.  The quartet followed this up in 2016 with their double LP ‘Apparitions’ on the New Wave of Jazz label.  This time they played the VORTEX JAZZ CLUB with special guest Alan Wilkinson.   Photography by Steven Cropper for Transient Life.

New Wave Of Jazz Bandcamp

Pleased to announce that Tonefloat’s New Wave Of Jazz opened up the bandcamp to digital downloads for most of the backcatalog, including a special offering of THE VOID OF EXPANSION‘s live performance at jazzclub De Singer in 2014 as a digital exclusive.

Visit the bandcamp now and support DIY.